piątek, 9 grudnia 2016

☠ "Win odkupienie w nietaniej cenie", część ostatnia. ☠

Przywituje jak zawsze uroczyściutko i  bezzwłocznie prezentuje przed wielebnym Państwem końcowego rozdziała, rozstrzygającego wszyściuśkie tajemnicze kwestie, z jakimi to mieliście przyjemność bądź  też nieprzyjemność :P  zapoznać się w poprzednim odcinku :D  👍👍👍

▼▲▼▲▼▲▼▲▼▲▼▲▼▲▼▲▼▲▼▲▼▲▼▲▼▲▼▲

Następnego dnia

Tradycyjnie, gdy na zegarze wybiła równo 4:34,  ocknąłem się. Leżałem na podłodze w otoczeniu krwistych kałuży, a w pomieszczeniu panował piekący chłód. Z arcywielkim trudem stanąłem na nogi i opuściłem łazienkę. 

Za sprawą rzeszy tychże  niewyjaśnionych incydentów, każdy ruch był dla mnie utrapieniem, a paraliżujący strach sprawiał, iż panicznie bałem się własnego cienia. 

Czy ja... zwariowałem? 

Odpowiedź na to pytanie mogłem uzyskać tylko w jeden sposób. Na poczekaniu postanowiłem  zasięgnąć opinii specjalisty od różnorakich usterek człowieczej psychiki, tak więc bez większego namysłu ruszyłem w podróż do miejscowego ośrodka psychiatrycznego. Ażeby choć w niewielkim stopniu zniwelować uczucie stresu oraz zagłuszyć lęk jaki to nieprzerwanie towarzyszył mi od wczoraj, zadecydowałem że umilę sobie drogę, poranną audycją radiową. Wobec tego zaaplikowałem zestaw słuchawkowy w odpowiednie miejsce i jednym dotykiem palca uruchomiłem odbiornik. To, co trafiło do mych uszu, sparaliżowało mnie od stóp do głów. W słuchawkach zamiast relaksacyjnej muzyki, słychać było przenikliwe-demoniczny kobiecy krzyk. Mój telefon natychmiastowo z gromkim hukiem wylądował na ziemi, a ja z lamparcią szybkością rzuciłem się w ucieczkę.

 Lecz... przed czym?

***
"Następny proszę!" -Ów zwrot zasygnalizował, iż finalnie jest mi dane wkroczyć na długo wyczekiwaną konsultację z psychiatrą. Niemrawo, ciągle drżąc wszedłem do gabinetu. 
-Dzień dobry, proszę ściągnąć okrycie wierzchnie i wygodnie sobie usiąść. -Pogodnie przywitała mnie młoda, uśmiechnięta kobieta, wskazując dłonią na kozetkę. 
-D-d-dzień dobry... -Odrzekłem jąkając się i posłusznie wykonałem jej polecenie. 
-Jaka jest więc przyczyna Pańskiej wizyty? -Zapytała, spoglądając raz na mnie, a raz na moją dokumentację. 
-Wydaję mi się że ja... zwariowałem... Wszystko zaczęło się jakiś czas temu. Codziennie budzę się o tej samej godzinie nad ranem, czuję się osaczony i prześladowany przez kogoś, kogo nie widzę, słyszę krzyki w mojej głowie i generalnie miewam jakieś surrealistyczne, przerażające wizję... -Pokrótce wyjaśniłem lekarce problematykę. -Pani doktor, proszę o pomoc, ja nie dam rady tak funkcjonować!!!-Krzyknąłem błagalnym tonem. 
-Spokojnie, zrobię wszystko, co w mojej mocy. -Zapewniła. -Czy może Pan mi powiedzieć, czego najczęściej dotyczą wymienione przez Pana wizję? 
-Krew... Zmasakrowane ciało... I... zarysy kobiecej twarzy, których nie jestem w stanie zidentyfikować... -Odpowiedziałem z mozołem. 
-Proszę podejść bliżej i spojrzeć mi w oczy. Bez obaw, nie zrobię Panu krzywdy. -Zaręczyła terapeutka a ja pokrzepiony jej słowami wykonałem czynność, o którą prosiła. 
-Czy teraz Panu coś świta? -Spytała, pełnym enigmatyczności głosem. 
-N-niestety n-nie... - Przez moje ciało przeszły ciarki. 
-A może teraz rozpozna Pan tę kobietę?!!!- Ryknęła ogłuszająco i nagle jej twarz poczęła przeobrażać się w pokiereszowane oblicze niewiasty, jaka niegdyś ukazała mi się w lustrze. Krzycząc, co tchu wybiegłem z pokoju i zniewalająco przerażony pognałem przed siebie. 
-Wracaj tu, barbarzyńco!!! Nigdy nie uciekniesz od konsekwencji dokonanego przez Ciebie czynu!!!!!!!!!!! -Wrzasnęła z oddali wydawszy z siebie jazgot, jak gdyby przemawiał przez nią sam lucyfer. 
Prułem przed siebie niczym torpeda, co chwila naprzemiennie potykając się i przewracając. Spod mych powiek leciały łzy, a z ust zaś wiązanka przekleństw pomieszana z pytaniami "Co ja zrobiłem?!?!?!!?? Co ja kurwa, zrobiłem?!?!?!?!?"  Nie rozumiałem. Nic już z tego nie pojmowałem. 
W ostateczności moje nogi zaprowadziły mnie do punktu wyjścia, który stanowiły me cztery ściany. W owym czasie wszystko stało się dla mnie obojętne i zdające się nie posiadać kompletnie żadnego zdroworozsądkowego oraz jakkolwiek sensownego uzasadnienia. 

"Dosyć. To nie ja zwariowałem, TO TEN ŚWIAT JEST POPIERDOLONY!!!!!!!!!!!!!!!"

Gruntownie zrezygnowany,  z prawej kieszeni mych spodni wyciągnąłem solidnie naostrzony scyzoryk, a następnie przystawiłem go do swojej szyi. Stanąłem na przeciw okna i potępiająco spoglądnąłem w otulone gęstymi chmurami niebo. "Żądam wyjaśnień. Może wy, którzy siedzicie po tej jebanej drugiej stronie, wszystko mi wytłumaczycie!!!!!!!" -Zawrzeszczałem, a narzędziem, jakie kurczowo trzymałem w mej drgającej z niepokoju dłoni, wycelowałem prosto w krtań. Zamknąłem oczy i począłem powoli godzić się z perspektywą iż nie otworzę ich ponownie, aczkolwiek mimo porządnie zadanego ciosu, w dalszym ciągu nieporuszenie tkwiłem w pionie. "Co do...????"-Pomyślałem skonsternowany i wbiłem nóż jeszcze raz, wszak głębiej i silniej. Rezultat był równoznaczny z uprzednim. Zacząłem więc dokonywać kolejnych cięć, jednakże za każdym następnym razem, kończyło się na tym samym. Jeszcze raz, jeszcze raz i jeszcze. Zupełnie nic nie skutkowało. Koniec końców, owładnięty szaleńczą frustracją, rozpocząłem  kolejno odżynać sobie kończyny. Na pierwszy ogień poszło prawe przedramię, potem szeregowo, palce u lewej ręki, a na ostatek pozbawiłem siebie nosa oraz małżowin usznych. Pod moimi stopami rozlewał się ocean krwi, w którego głębinach beztrosko pływały odcięte części mojego ciała, a ja wciąż podziwiałem ów widok z góry. "Dlaczego ja jeszcze żyje?!?!?!??!? Już dawno powinienem zdechnąć!!!!!!!!!!!"- Dźgnąłem się w serce i zwiesiłem głowę ku dołowi. Wtem spostrzegłem iż moja krew w  ekscentryczny sposób zaczyna formować się w dziwne kształty, przypominające znaki na podobieństwo liter. 

Emily M.,lat 22 -Odczytałem po chwili. 06.06.2006, porwana, brutalnie pobita a następnie siłą zaciągnięta do mieszkania o numerze 162 mieszczącego się na Hazy Street. Tego samego dnia  o godzinie 03.34 A.M. została bestialsko zgwałcona po czym dokładnie za godzinę od tegoż przykrego incydentu,  dokonano na niej morderstwa. Zwłoki poćwiartowano, owinięto w foliowy worek i ukryto w chłodni, w celu zneutralizowania specyficznego odoru, wydzielającego się z martwego ciała. Sprawca zakopał szczątki pod ruinami opuszczonego szpitala psychiatrycznego, w następnej kolejności popełniając samobójstwo, przez samookaleczenie się nożem. 

I nagle cały dylemat został rozwikłany, a wspomnienia jedno po drugim wypełniały me mózgowie. 

"No tak... teraz rozumiem... jestem martwy, a to jest jest moje piekło." 

***
Nazajutrz, rutyniarsko obudziłem się o 4:34. I znów wszystko wróciło do normy.




piątek, 2 grudnia 2016

🔪 "Win odkupienie w nietaniej cenie", część pierwsza. 🔪

Na górze banan w kapturze, a na dole inne bajery, powituje wszystkich w zacniutkich progach mej blogosfery!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! :D Dzisiejszego jakże cudnego dzioneczka nie przywiał mnie wiatr, który wyrządza dzikie harce po zewnętrznej stronie mojego okna, lecz przypłynęłam na tą że szanowną przestrzeń blogową z powiewem świeżości rozszalałej weny, jaka to omotała mego bezcennego przrząda służącego do myślowania i w rezultaciku nakłoniła do napisowania wytworeczka zamiejscowionego nieco niżej :D Nie rozciągając przesadnie mej mowy wstępikowej, mogem Państwu zagwarantować iż gdyż część druga, a zarazem ostatnia, owego realtywnie nie długiego opowiadaneczka, będzie miała okazje zaszczycić Państwa swą obecnością w dniach najbliższych przyszłego tygodnia i nadać sensa wszyściuteńkim, z lekka kuriozalnym okolicznością zawartym w treści tejże opowieści, bowiem na pierwszego rzuta oka mogą wydawać się one niespójne tudzież niezrozumiałe :D A o jakich okolicznościach mowa???????? :D Tego już dowiedzą się Państwo na podstawie konteksta omawianego teksta :D, dlatego też czcigodna Pani autorka na chwilę obecną się z Wami pożegnuje  i gorrrąąąccooo zaprasza do czytowania :D ✌✌✌ 


¸.•°*”˜˜”*°•. ¸.•°*”˜˜”*°•. ¸.•°*”˜˜”*°•. ¸.•°*”˜˜”*°•. ¸.•°*”˜˜”*°•. 

Niech ze sprawiedliwości stanie się zadość, a z zadości sprawiedliwość, bowiem Ci którzy zła się dopuścili, w czeluściach zła się pogrążą.

Poranek, mieszkanie nr 162, 4 piętro. 

Jakaś mistyczna siła sprawiła, iż mój sen  nagle został przerwany. Powieki wbrew mej woli podążyły do góry, a ma świadomość w pełni powróciła na jawę.  Obróciłem się ku szafce, co by dosięgnąć dłonią usytuowanego na niej telefonu i  przełknąłem nerwowo ślinę, finalnie znajdując w głębi siebie odwagę, ażeby spojrzeć na godzinę, jaka to jasnym światłem pobłyskiwała na ekranie. "Znów to samo...!"  - Pomyślałem, a paranoidalne dreszcze  wzdłuż i wszerz przeszyły moje ciało. Byłem przerażony. 

"4:34". Systematycznie od miesiąca, dzień w dzień, me oczy  bezpodstawnie otwierały się o tejże godzinie. Niejednokrotnie  poszukiwałem przyczyny owego pozazmysłowego zjawiska, niestrudzenie spekulując iż być może mą tajemniczą pobudkę inicjuje  hałas docierający z zewnątrz, lecz szybko uzmysłowiłem sobie że moje mieszkanie mieści się na opuszczonej dzielnicy, gdzie jedynym czynnikiem będącym w stanie wygenerować jakiś znikomy gwar, były kruche, bezlistne drzewa, dynamicznie kołysane subtelnym powiewem wiatru. 

Późne popołudnie, przedmieścia miasta X. 

Jak każdego, pospolitego dnia, wracałem z pracy, mijając całe tabuny "ludzi bez twarzy".  Od niepamiętnych czasów czułem się wyobcowany od społeczeństwa, czułem iż coś w drodze mej personalnej ewolucji poszło nie w tym kierunku, co trzeba. Postrzegam człowieka jakoby był marionetką wyciętą z kartonu, która to jest podatna na każdy, nawet najmniejszy wpływ rządu i ogółu. Nie dostrzegam emocji na ich obliczach, z resztą sam jestem pozbawiony jakichkolwiek prymitywnych uczuciowych odruchów cywilizacyjnych. Smutek, niezadowolenie, radość, irytacja oraz cała gama wszelakich impresji,  w mych oczach zlewa się w jedność, a ludzkie twarze są dla mnie  niczym rozmyty,  mglisty krajobraz.  
***
Z korku na krok przyśpieszałem tępo, aż nieświadomie zacząłem biec. Zawsze, kiedy tylko przemierzam samotnie miasto, czuję jak gdyby ktoś nieustannie wpatrywał się we mnie, bacznie obserwując każdy mój ruch i podążając za mną w każde miejsce, w jakie tylko się udam. Od dawna odnoszę nieuchronne wrażenie, iż ma przestrzeń osobista została wyraźnie ograniczona. Gdziekolwiek i kiedykolwiek jestem, odczuwam bezwzględny brak prywatności, nie wspominając już nawet o sferze intymnej. Po wielokroć oglądałem się za siebie, jednakże każdorazowo nikogo nie było za moimi plecami. 

Po parogodzinnej przebieżce pośród okolicznych barów, znużony wróciłem do domu. Jako iż mój żołądek praktycznie cały dzień uporczywie alarmował  mnie o swej pustce, postanowiłem uraczyć go zupą, jaką to spreparowałem dnia poprzedniego. Niezwłocznie wyciągnąłem z lodówki garnek z ową potrawą a następnie stawiając naczynie na kuchence, poszedłem zamienić strój roboczy, na nieco lżejszy i wygodniejszy. Wykonawszy dość sprawnie tą że czynność, powróciłem do kuchni gwoli sprawdzenia ciepłoty mojego posiłku. W tym celu wziąłem do ręki łyżkę, podniosłem do góry pokrywkę umieszczoną na garnku i doznałem diametralnego osłupienia. To co znajdowało się w środku początkowo wywołało u mnie arcywielki szok, a kiedy po chwili udało mi się powrócić do zdrowych zmysłów, niemalże przyprawiło o mdłości. Zawartość naczynia wypełniała bulgocząca krew ludzka, w której pływały gałki oczne wraz z innymi, niezidentyfikowanymi wnętrznościami. Zadygotałem ze strachu, całkowicie nie mając najmniejszego pojęcia co się właśnie dzieje. Jednakowoż to nie była jedyna  wstrząsająca "niespodzianka". W pewnym momencie kątem oka spostrzegłem gęstą, czerwoną ciecz spływającą po zewnętrznej powierzchni lodówki. Będąc zlękniony a jednocześnie pełen obaw i ciekawości, bez większego wahania otworzyłem drzwiczki. "Chyba śnię... Tak, to koszmar, prawda? Powiedzcie kurwa, że to koszmar!!!!!!!" -Struchlałem, gdy wewnątrz ujrzałem świeżo poćwiartowane ciało. Na górnej półce znajdowały się odrąbane nogi, od których grubymi płatami odlatywała tkanka mięśniowa, na środkowej ręce łącznie z popiersiem pozbawionym głowy, zaś na samym dole rozbryzgane były zmiażdżone jelita, serce i wątroba. Z zawodu jestem lekarzem, toteż takowe widoki nie robią na mnie specjalnego wrażenia, aczkolwiek tym razem w trymiga napędzany lekkim przerażeniem, pognałem do łazienki. "Hahaha, pewnie znowu za dużo wypiłem...! Przecież takie rzeczy nie dzieją się naprawdę...!" -Zaśmiałem się pod nosem, nie do końca będąc pewnym wiarygodności swoich słów. "Uspokój się, musisz ochłonąć, wytrzeźwieć..."- I z taką też myślą, zrzuciłem z siebie ubrania, decydując się na otrzeźwiający, zimny prysznic. Odkręciłem żwawo kurki i kojąco chłodną wodą  począłem zmywać z siebie burzliwe emocje, mając nadzieje że to już koniec dzisiejszych paranormalnych perturbacji. Nie potrzeba było dużo czasu, ażebym przekonał się iż jestem w absolutnym błędzie. Cały ogrom mego uprzedniego optymizmu prysnął niczym bańka mydlana, w momencie w którym to zamiast przeźroczystej cieszy, z prysznica zaczął lecieć kleisty, żółtawy śluz. Momentalnie wyszedłem z kabiny i kompletnie nie wiedziałem, co mam począć wobec siebie i wobec zaistniałego zatrważającego kuriozum. Podszyty wszechogarniającym strachem, nieznacznie cofnąłem się w tył, jak gdyby rzekomo miało mi to pomóc w ucieczce przed nawiedzającą moje mieszkanie "metafizyczną bestią", lecz w zamian pośpiesznej ewakuacji, natknąłem się na kolejny atak przygotowany przez  ów potwora. Moja głowa zwróciła się w kierunku lustra, wszakże nie dojrzałem w nim zarysów swego odbicia, albowiem całą jego płaszczyznę, pokrywała smoliście brejowata, czarna plama. Zdezorientowany podszedłem bliżej, po czym podjąłem się próby usunięcia ciemnego nalotu z lustrzanej faktury. Ku memu rozczarowaniu, moje starania nie przyniosły oczekiwanego efektu, więc postanowiłem posunąć się do bardziej radykalnych metod. W konsekwencji tego, wziąłem pierwszy lepszy ostry przedmiot jaki miałem wówczas pod ręką i zacząłem siłą zdrapywać ową substancje z powierzchni. Po krótkiej chwili na hebanowej tafli wytworzyły się minimalistyczne, krwawiące pęknięcia, które to ekspresowo przybrały obraz delikatnego kobiecego lica, niemalże jakoby były rysowane  dłonią wrażliwego artysty. Stanąłem w bezruchu, parę sekund przyglądając się temu makabrycznemu "arcydziełu" i niezmiennie trwałem w przeświadczeniu, iż całościowy natłok tychże swoiście upiornych wydarzeń to tylko i wyłącznie wymysł mej pogrążonej we śnie wyobraźni. "Obudź się, obudź do cholery...!!!!!!!!!!" - Wrzasnąłem wniebogłosy, a następnie co by sprawdzić czy postawiona przeze mnie teza jest słuszna, desperacko uderzyłem głową w ścianę. Na skutek gwałtownego ciosu, momentalnie upadłem na posadzkę. "Nie... to nie może być prawda... ja czuję ból... ja jestem świadom wszystkiego co robię... ja... NIE ŚPIĘ!!!!!!!!!!!!!" -Spanikowałem. 

Co miało miejsce potem, nie pamiętam. 


(Zasadniczo ta fotografia nie ma wiele wspólnego z temacikiem wpisika, jednakże jej dość specyficzne przesłanie jest tak arcygenialne, iż że nie mogłam się okiełznać, ażeby tegoż multimedium tutaj nie umiejscowić :D :P )

wtorek, 27 września 2016

💉 Poradnik: Jak skutecznie zostać $amobójcą? 💉

Powituje Was serdeczniutko i kłaniam się niziutko!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! :D Niech moi najwielmożniejsi Państwo przypadkowo nie myślują sobie iż gdyż nastał jakiś arcyniesłychany cud, który to poczynił że nagle zachciało mi się pisować, bowiem mój nieujrzmiony Brakochęciostan pisaniowy w ciągu dalszym nie został zunieważniony :D :P Od czasów zaprzeszło-przeszłych posiadam żarliwą żądze obwieszczenia wszechświatowi pewnej prawdziwej, niekoniecznie wesołej historii, toteż ów szalona chcica sprawiła, iż gdyż ma czcigodna osóbka się tu dzisiaj pojawiła :D W związku z tymże wydarzonkiem nader uroczystym, żwawo spuszczam przed Wasze wielebne oczęta powyżej wspomnianego tworeczka i pożyczuje wszystkim milusiego dzioneczka!!!!!!!!!!!!!!!!!!! :D (>‿◠)✌


❣✵❣✵❣✵❣✵❣✵❣✵❣✵❣✵❣✵❣✵❣✵❣✵❣✵❣✵❣✵❣✵❣✵❣✵❣✵❣✵

"Żyj z całych sił
I uśmiechaj się do ludzi
Bo nie jesteś sam
Śpij, nocą śnij
Niech zły sen Cię nigdy więcej nie obudzi
Teraz śpij

[...]
Idź własną drogą
Bo w tym cały sens istnienia
Żeby umieć żyć
Bez znieczulenia
Bez niepotrzebnych niespełnienia
Myśli złych

Niech dobry Bóg
Zawsze Cię za rękę trzyma
Kiedy ciemny wiatr
Porywa spokój
Siejąc smutek i zwątpienie
Pamiętaj, że...

Jak na deszczu łza
Cały ten świat nie znaczy nic a nic...
Chwila, która trwa
Może być najlepszą z Twoich chwil...*"

Cześć. Czy zastanawiałeś się kiedyś, jak to jest panicznie bać się oddychać? Jak to jest odczuwać nieludzki lęk przed widokiem swego własnego cienia oraz odbicia w lustrze? Zapewne teraz Twa podświadomość uruchamia złożony proces myślowy, próbując powierzchownie zobrazować Ci powyżej przedstawione zagadnienia, lecz pozwól iż zadbam o Twe cenne mózgowie i wyręczę Cię w zawziętych poszukiwaniach odpowiedzi na owe, dość kuriozalne pytania. Wobec tego, zapraszam serdecznie wszystkich na wspaniałą oraz ekskluzywną wycieczkę do świata siarczystego smutku i ujmującego cierpienia. W żadnym wypadku nie musisz obawiać się że zabłądzisz, gdyż będę Twoim osobistym przewodnikiem który oprowadzi Cię po każdym, najmniejszym zakątku krainy bólu. Gotowy na spływ wodospadem łez? Gwarantuję, iż wyjdziesz z tego cało. Jednakże jest tylko jeden warunek: Wysłuchaj mnie. Mym arcygłośnym krzykiem sprawię, że usłyszysz mój głos podczas czytania tekstu, jaki aktualnie widzisz przed sobą. Zatem rozsiądź się wygodnie w fotelu, zapnij pasy i trzymaj się mocno, albowiem czeka nas prawdziwa jazda bez trzymanki. 

Przystanek pierwszy - Miasto osamotnionego dziecka.

Zaiste każdemu małemu mieszkańcowi tego świata, nie łatwo jest odnaleźć swe miejsce na ziemi w sytuacji, kiedy to praktycznie nigdy nie było mu dane zaznać kojącego ciepła rodzinnego ogniska. Moja rodzina rozpadała się, a ja nie wiedziałam, czy mam ją trzymać, czy też puścić. Całe poczucie winy, zakorzeniało się w moim rozdartym serduszku, w chwili w jakiej do mych uszu wpadał grom agresywnie awanturujących się rodziców. Zamknęłam wówczas drzwi od swego pokoju, a następnie zamknęłam się w sobie, z niepodważalnym przekonaniem iż jestem dla nich niczym więcej jak zakurzoną porcelanową laleczką, która jest potrzebna jedynie po to, ażeby zdobić pustą, równie zakurzoną półkę. Przytłoczona skrajnie wyraźnym brakiem wsparcia, oraz poczuciem przenikliwej bezradności i odrzucenia, poczęłam uparcie szukać przyjaciół, u których znajdę troskę wraz ze zrozumieniem. Ostatecznie odnalazłam takowe istoty, aczkolwiek nie byli to ludzie. 

Przystanek drugi - Fabryka czekolady. 

Chyba nie ma żadnej potrzeby, ażebym zbytnio produkowała się by wytłumaczyć Ci, jak beztroskie oraz rozkoszne jest doznanie, przepełniające ciało i umysł po skonsumowaniu jakiegokolwiek słodkiego łakocia, niemalże powodującego chwilową lecz ulotną euforię wskutek nagłego skoku endorfiny w organizmie. Idąc tymże tropem można bezproblemowo wywnioskować, co było mym głównym źródłem pozyskiwania hormonów szczęścia. Jeden dzień spędzałam w towarzystwie Pań czekolad oraz Panów cukierków, drugi zaś poświęcałam na pogawędkę z cudownymi ciasteczkami z ulubionej cukierni, a w trzecim spotykałam się ze wszystkimi na raz. Czułam się bezpiecznie. Wszakże uczucie tego komfortu było tylko chwilowe. Minęło parę niełatwych wiosen, a ja całkowicie uzależniłam się od moich rarytasowych, wysokokalorycznych "kumpli". Stałam się sparszywiałą ćpunką, a w moich żyłach płynął cukier, niczym heroina u zdeterminowanego narkomana, nie będącego w stanie funkcjonować bez codziennej, solidnej dawki owej substancji. 

Przystanek trzeci - Przylądek prześladowców. 

Niestety niewątpliwym jest, iż przykrym następstwem każdego, długotrwałego nałogu są koszmarne konsekwencje, z którymi finalnie byłam zmuszona stanąć twarzą w twarz. Me bezustanne i niepowstrzymane narkotyzowanie się arcyogromną ilością słodyczy, w końcu odcisnęło na moim ciele swe piętno. Ze zwieszoną głową przyglądałam się mym rówieśnikom, definitywnie uświadamiając sobie iż nie jest ze mną tak, jak być powinno. "Hahaha, popatrz, to ta wstrętna, spasiona świnia!" Obiło mi się o uszy, w szkole na przerwie między zajęciami. Już chyba milionowy raz. I milionowy raz udałam, że tego nie słyszałam. "Jesteś inna." "Jesteś żałosna." "Spójrz na siebie, jak ty wyglądasz?" "Do niczego nienadająca się ohyda."  "Jesteś NIKIM." -Mówili. To była codzienność. Szarpali, popychali, uderzali, wyśmiewali. Kwestia przyzwyczajenia. Byłam zbyt nieśmiała na odwagę, by się sprzeciwić. Kroczyłam w samotności po drodze bólu, a na moich ustach malował się uśmiech. Uśmiech rozpaczy. 

I tak oto przez lata wyglądała wegetacja niewinnej ofiary szkolnego terroru. Jednakowoż słowami nigdy nie zdołam wyrazić co czułam, będąc ustawicznie szargana z błotem. 

Przystanek czwarty - Krwawe jezioro. 

Pewnego razu pozdejmowałam wszystkie lustra w domu. Zasłoniłam okna. Pozakrywałam wszelakie przedmioty, w jakich tylko mogłam dosięgnąć wzrokiem zarysy mej dramatycznej sylwetki. Znienawidziłam siebie, znienawidziłam ludzi, znienawidziłam świat. Nie radziłam sobie ze sobą, nie radziłam sobie z ludźmi i nie radziłam sobie z rzeczywistością. Systematycznie motywowana przez ogrom mojej nieokiełznanej nienawiści oraz bezsilności, uzmysłowiłam sobie iż moi starzy "przyjaciele" już nie wystarczą by prowizorycznie uśmierzyć me cierpienie. Rozpoczęłam więc poszukiwania alternatywnego "leku przeciwbólowego" i w zupełności nie musiałam się kłopocić, ażeby odnaleźć ów złoty środek. Spodobał mi się zapach krwi. Jej smak. Jej Kolor. Parę skrawków mojego ohydnego ciała posłużyło za płótno, na którym powstawały szkarłatne arcydzieła, malowane ostrzami.  Były takie piękne. Aczkolwiek podobały się tylko mi. To takie samolubne.

Pewnie zapytasz, "A gdzie rodzice, rodzina?" Tak szczerze powiedziawszy, sama chciałabym to wiedzieć. 

Przystanek piąty - Przystań wytrwałości.

"Dosyć tego!" - Wrzasnęłam w duchu. Koniec końców nadszedł dzień, kiedy to za wszelką cenę postanowiłam stawić czoła moim bezlitosnym antagonistom. "Koniec z tym! Tu i teraz obiecuje wam, że stanę się kimś wyjątkowym! Zmienię się nie do poznania! Skończyłam ze słodyczami, skończyłam z jedzeniem, już nie jest mi ono potrzebne do życia!" - Z rzekomą pewnością siebie wykrzyczałam owe słowa w kpiące twarze moich oprawców, jednak jak zwykle zostałam wyśmiana. "Wiecie, kiedyś to ja będę się z was śmiać. Obiecuje." Spojrzeli na mnie prześmiewczym wzrokiem i odeszli. Od tamtego momentu, moje życie powoli przeistaczało się w jeszcze większe piekło, jakim było dotychczas. Mniej, mniej i mniej. Każdego dnia mniej. Mniej jedzenia. Mniej smutku. Cyfry na wadze malały, satysfakcja wraz z odbudowującym się szacunkiem ludzi w stosunku do mnie, rosły w zastraszającym tempie. Ale to wciąż było za mało.  Mój nędzny świat opanowała matematyka. Wszystko obracało się wówczas wokół liczb, tabeli  i wykresów.  Im mniejsza była liczba spożytych kalorii, tym większy był poziom mej ulgi i zadowolenia. Na talerzu zamiast jedzenia widziałam jedynie cyfry. Lecz moją ulubioną potrawę stanowiło "zero" obficie polane powietrzem. Gdy w mym niezdrowym mniemaniu zjadłam nieco więcej, poza dzienną normę**, arcypiekielne wyrzuty sumienia boleśnie rozrywały mnie na strzępy. Jedynym sposobem, co by pozbyć się tegoż iście potwornego uczucia, były parogodzinne katusze ćwiczeniami fizycznymi, sporadycznie pozwalające na bytowanie ze spokojem ducha.

 "Chudnij, chudnij, chudnij." Owe słowo nieustannie przeplatałam w myślach, czyniąc je ostatecznie mą największą dewizą życiową. Popadłam w swego rodzaju karuzelę, szaleńczo wirującą wokół mego spaczonego pragnienia bycia posiadaczką "idealnego ciała", bez względu na jakiekolwiek efekty uboczne. Z dnia na dzień ów karuzela, napędzana moją zachłannością oraz nawałem komplementów ze strony innych, kręciła się coraz szybciej, lecz nikt nie potrafił jej zatrzymać. Zbytecznie próbowałam wmówić sobie, iż mam wszystko pod jak najlepszą kontrolą, ale na samym dnie mej zepsutej świadomości, doskonale wiedziałam że już dawno straciłam zdrowy wpływ na podejmowane przeze mnie decyzje. Wtedy usłyszałam pukanie do drzwi. Zapytałam, "Kto tam?" Nieznajomy przybysz bezczelnie wtargnął do mej psychiki po czym zastraszającym tonem szepnął: "Miło mi, jestem anoreksja." 

Przystanek szósty - Wystawa grubych szkieletów. 

Zawarcie wymuszonej znajomości z "Aną" było dosłownie jak otworzenie bram do najgłębszych czeluści piekieł. Możesz mi wierzyć lub nie, lecz w owym czasie niepojęte poczucie winy dręczyło mnie nawet po wypiciu malutkiej szklanki soku, odtłuszczonego mleka bądź też innego płynu z wyjątkiem wody. Często spotykam się z kompletnie absurdalnymi wypowiedziami ludzi w kwestii tejże straszliwej choroby. Takowe zachowania zasadniczo nazywają zwykłą fanaberią, kaprysem, a niekiedy, co zupełnie jest nie do pomyślenia, stwierdzeniem gdyż "Obecnie panuje moda na anoreksję". Oczywistym jest, iż są oni w kategorycznym błędzie, albowiem omawianego zaburzenia absolutnie nie można nabawić się poprzez własne widzimisię. Wyobraź sobie, jak byś się czuł, gdyby ktoś bez ustanku, dniami i nocami, chodził za Tobą z pistoletem przystawionym do Twej skroni, skrupulatnie grożąc Ci: "Jeżeli to zjesz bądź przytyjesz choć pół grama, to pociągnę za spust." W prawdzie, w pełni pojąć  to może tylko i wyłącznie osoba, która przeżyła identyczny koszmar. Przecież normalny, zdrowy człowiek, nie słyszy w swej głowie ogłuszających głosów w kółko powtarzających mu, że ma parę kilogramów za dużo, mimo faktu iż w rzeczywistości przypomina żywego trupa. 

Przystanek siódmy - Most życia i śmierci. 

"Hahaha, pamiętam jak raz wracając ze szkoły, przeważona przez ciężar mojego plecaka, z donośnym hukiem wylądowałam na betonie, a potem przez bite piętnaście minut nie mogłam pozbierać się z ziemi, hahaha! Byłam leciutka niczym piórko i nawet sam wiatr dał by radę mnie wtedy zdmuchnąć."  Oto jedne z mych wspomnień, które na dziś dzień zwyczajnie są dla mnie śmieszne. Jednakże kiedyś wcale nie było mi do śmiechu. Mówiąc wprost - w pewnym momencie cały szereg podobnych zdarzeń zaczął mnie przerastać. Mą opustoszałą duszę ogarnął bezsens i gruntowna niemoc. Czułam, iż przyszła najwyższa pora, ażeby poddać się na dobre. Miałam dość nieprzerwanych zmagań z życiem i ciągłego zgrywania twardzielki. Byłam sama, nie rozumiana, niezauważalna oraz bezużyteczna dla innych a przede wszystkim dla siebie, w dodatku "Ana" niepowściągliwie wysysała ze mnie wszelkie siły witalne. Zapragnęłam zniknąć. Zrozumiałam, że na tymże świecie nie ma i nigdy nie będzie miejsca dla takich wyrzutków jak ja. Chciałam umrzeć, aby nareszcie móc oswobodzić się od owej drogi przez mękę. 

Wtem całkowicie przestałam jeść, wiedząc iż jedyna ścieżka prowadząca do wyzwolenia, to bezwzględna autodestrukcja. Ku mojemu szczęściu, ratunek przyszedł zdecydowanie szybciej, niż się tego spodziewałam. Któregoś pięknego dnia, nieoczekiwanie poczęłam tracić grunt pod nogami, zakręciło mi się w głowie, a oczy spowiła gęsta czerń. "Żegnaj, okrutny świecie." -Wyszeptałam, upadając. 

Przystanek ósmy - Postój.

Obudziłam się, a następnie z trudem podniosłam ociężałe powieki. Ujrzałam nad sobą zapłakane oblicza moich rodziców i wówczas dotarło do mnie iż pomyliłam się, rychło mówiąc "do widzenia" rzeczywistości. A to ci niespodzianka. Nagle moja rodzina przypomniała sobie o moim istnieniu, niesamowite! 

Nie ciężko się chyba domyślić że zamiast do grobu, trafiłam do szpitala, na dość łagodnie to ujmując, oddział dla "ludzi niespełna rozumu". "Jeszcze parę dni, a teraz by Cię tu z nami nie było! Jak mogłaś doprowadzić się do takiego stanu?!" Byłam rozwścieczona, godzinami wysłuchując gorliwych pretensji swych rodzicielów. "A kto do cholery jasnej was prosił, żeby ratować mi życie?!!!" -Spytałam rozemocjonowana, tym samym na długi czas zamykając ich usta na kłódkę. 

Podczas trwania mego hipotetycznego "odpsychiczniania", miałam zaszczyt poznać niewiasty, jakim to pokrewna przypadłość uprzykrzała egzystencję. Bez wyjątku dostrzegając w owych panienkach odzwierciedlenie samej siebie, malutkimi kroczkami zaczęłam orientować się, jak niewyobrażalnie chore są nasze umysły. Z czasem, między nami, zagorzałymi anorektyczkami oraz bulimiczkami, narodziła się bardzo silna więź, jaką z powodzeniem można nazwać przyjaźnią. Wsparcie, opieka, bezgraniczne zaufanie, a w głównej mierze ZROZUMIENIE - Nareszcie ze strony innych, mogłam doznać tego, czego najbardziej brakowało mi do dej pory. Lecz to z lekka przykre iż owych wartości doświadczyłam praktycznie dzięki obcym osobą. Mówiąc otwarcie i bez ogródek, pokochałam te dziewczyny. 

Nieszczęśliwie, finalnie miało miejsce zdarzenie, które znacząco i dotkliwie otworzyło mi oczy. Parę tygodni po opuszczeniu ośrodka przez moją najlepszą, szpitalną przyjaciółkę, zakomunikowano nam, iż ów dziewczę przegrało długoletnią szamotaninę z "Aną" i  zmarło z wycieńczenia. Na początku arcytrudno było mi pogodzić się z tą że przerażającą wieścią. Gdy odchodziła, z entuzjazmem zwróciła się do mnie, radośnie oświadczając: "Będę czekać jak wyjdziesz, wtedy pójdziemy razem na lody, ja stawiam!" Kurewska kłamczucha. Zawiodła mnie po całej linii. Tak to jest właśnie komuś zaufać. 

Po tymże incydencie byłam już niemal stuprocentowo pewna, że nie chcę  tkwić ani chwili dłużej w tym całym, toksycznym "szkieletowym magielku towarzyskim." 

Przystanek dziewiąty - Muzeum walki z nietolerancją.

Odbyłam prawie trzymiesięczną rekonwalescencję, by w ostateczności móc ponownie zakosztować smaku "normalności", poza murami wariatkowa. Udało się. Lęk przed jedzeniem konstruktywnie zniwelowałam do minimum, adekwatnie w przypadku obawy przed przybraniem na wadze. Jeśli niechybnie myślisz, iż to już koniec moich perypetii na ścieżce życia, to grubo się mylisz. Nie uwzględniając już zresztą gehenny w mym zaciszu domowym z którą miałam styczność każdego dnia, gdyż ów ambaras zasługuje na osobną historię, automatycznie przejdę do skutków ubocznych, jakie to pociągła za sobą przebyta przeze mnie choroba. W wyniku chronicznego braku gigantycznej ilości składników odżywczych, przeistoczyłam się w fizyczny wrak człowieka. Wiele nie mówiąc, włosy wypadały mi garściami, bladość mojej skóry podobna była do bladości skóry nieboszczyka i wbrew tego iż PONOĆ rozstałam się z anoreksją na dobre, ma figura ni krzty nie przypominała sylwetki zdrowej nastolatki. Wszystkie powyższe niedogodności a także uprzednie szkolne udręki, spowodowały że moje poczucie własnej wartości było mniejsze od zera. Wszechstronnie nie akceptowałam siebie, tudzież w dalszym ciągu nie byłam akceptowana przez innych. Nie potrafiłam odnaleźć w sobie jakiejkolwiek mocnej strony, bym mogła zyskać choć trochę sympatii w kręgu równolatków. W akcie makabrycznej desperacji, zaczęłam robić masę niepochlebnych rzeczy***, co by nieco zwrócić uwagę na swoją zagubioną godność, aczkolwiek błyskawicznie spostrzegłam, iż całokształt mych idiotycznych starań, był dla nich tylko doskonałą okazją, do czerpania rozrywki czyimś kosztem. W rezultacie siadałam z płaczem, załamywałam ręce i całymi dniami użalałam się nad sobą. -Wyłącznie w tejże dziedzinie byłam bezkonkurencyjnym mistrzem. 

Nie umiejąca odeprzeć kolejnego ataku przeciwności losu, wpadłam w sidła depresji, a łajdackie myśli o samounicestwieniu znów się uaktywniły. 

Przystanek końcowy - Wyspa spełnionych marzeń. 

Do chwili bieżącej, nie jestem w stanie orzec, czy to że jeszcze mam przyjemność istnieć w sferze żywych, jest zjawiskiem paranormalnym, czy może interwencją sił wyższych. Gdyby ktoś w przeszłości powiedział mi, jaką osobą będę obecnie, bezceremonialnie odesłałabym go z kwitkiem, w akompaniamencie przysłowiowego "A puknij ty się w łeb." 

Pewnego nadzwyczajnego dnia, śmiało stanęłam przed lustrem. "Hmmm... no bo skoro już jestem na tym świecie, to chyba życie musi mieć dla mnie jakąś misję?" -Zadałam pytanie swemu odbiciu i z miejsca zaczęłam zmierzać do rozstrzygnięcia owej zagwozdki. Tokiem takowego rozumowania kolejno odkrywałam w sobie łańcuch niebywałych cech i zdolności, jakoby były wynagradzane mi wszystkie minione cierpienia. Me nieugięcie i arcyciężka praca nad sobą, sprawiły iż stałam się tym, kim pragnęłam być w mych najskrytszych snach. Zdałam sobie sprawę, gdyż nie miałam racji, kiedy za lawinę moich nieszczęść, obwiniałam cały świat, nie widząc w tym swej własnej ingerencji. 

Teraz, każdego dnia dziękuje za to że jestem i ze szczerym, nigdy nie znikającym uśmiechem na ustach pnę się w górę, realizując swe cele i spełniając marzenia. Po długich latach wygrałam walkę z pesymizmem i własnymi ograniczeniami, a horror przez który przeszłam, ukształtował moją teraźniejszą tożsamość. Rzeczywistość czasem spuszcza potężny łomot i to generalnie nie jest żadną nowością. Lecz mimo tego, cieszę się każdą chwilą i chodząc z wysoko podniesioną głową nie przywiązuje wagi do mało znaczących błahostek. Wojna, zwana życiem wciąż się toczy. Ale wiem, że jestem na wygranej pozycji, bowiem moja jednoosobowa armia nigdy mnie nie zawiedzie. 

Więc**** drogi czytelniku, jeśli kiedykolwiek będziesz postawiony pod ścianą i stracisz nadzieję na lepsze jutro, nie popełniaj błędu, jaki niegdyś popełniłam ja. Uwierz w siebie i absolutnie nie daj za wygraną przeciwnością, które będą ciągnąć Cię na samo dno oceanu zwątpienia. Nigdy się nie poddawaj i z optymizmem patrz w przyszłość, pamiętając że z każdej, nawet najgorszej sytuacji istnieje jakieś wyjście. A gdyby inni przypadkowo wyrażali dezaprobatę wobec Twojego stylu bycia, pokaż im swoją wartość. 

Z poważaniem, 
Roześmiana, niedoszła samobójczyni. 
                                                                                                        

*Słowa piosenki z repertuaru Dżemu pt. "Do kołyski"
**Ma dzienna norma wahała się między 800 - 100 kilokalorii na dzień, przy zapotrzebowaniu na około 2500 (!!!!!!!) 
***Wielokrotne otarcie się o konflikt z prawem (Na całe szczęście obyło się bez poważnych konsekwencji), specyficzny, niezupełnie godny pochwały wizerunek i pełno innych, debilnych ekscesów. 
****ZASADY SĄ ZAISTE PO TO, BY JE ŁAMAĆ :D :P

piątek, 13 maja 2016

🍌 Kisiaczek to przystojniaczek, a Aomine jest seksa bogiem, uważaj, bo się staną Twym nałogiem!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! :O 🍌

Po nie małokrótkim okresie mego nikczemnego niebytowania oraz nierozgromionego milczenia, finalnie ponownie mam przearcyogromniastego zaszczyta powitać przeserdeczniutko wszystkich najczcigodniejszcych Państwa na mej wariackiej przystani blogowej :D Nie mam najmniejszego zamiara tłumaczyć wielebnemu Państwu powoda mojej szanownej nieobecności, aczkolwiek nie będę się też  przed Wami kutasić, powiadając iż nie mam czasa, bowiem czasa zawsze nie mam i prawdopodobnie nigdy mieć nie będę :D, na braka weny również nie cierpię, gdyż iż ponieważ posiadam jej niekończące się zasoby, a mej szalonej niczym wielki garnek gotujących się marchewek wyobraźni :D, nie ograniczają żadne granice, a gdyby nawet ograniczały to i tak bym je bezzwłocznie przekroczyła. :D Bez dłuższego owijania w pałę, najzwyczajniej we wszechświecie NIE CHCĘ MI SIĘ PISAĆ :D :P Owy fakt wynika tylko i praktycznie w 90,99% z tego, że jestem nieokiełznanym kutasowym leniem, dbającym wyłącznie o swój wielmożny tyłeczek :D Jako iż z moją wyrafinowaną elokwencją mogłabym tak pieprzyć (dosłownie jak i przenośnie :P) bez końca, zakończuję już to dzikie kazanko i prezentuję przed Państwem zwariowanego wytworeczka dotyczącego, jak z resztą wynika z tytuła tegoż wpisika, naszych kochanych AoKisiałków :D Uroczyście podziękowywuje za uwagę i oddaje w Wasze wspanialutkie rączki poniższego teksta :D 

·•٠·●•٠·●•٠·●•٠·●•٠·●•٠·●•٠·●•٠·●•٠·●•٠·●•٠·●•٠·●•٠··●•٠·●•٠·●•٠·●•٠·●•٠·


Pewnego dzionka jakże pięknego, szedł Aomine do narzeczonego. Jego lubym był chłopak zwany Kisiałkiem, często jednak mylony z pedałkiem. Szybkim krokiem pędzi, biegnie, nie zwleka, gdyż wie że przyjemność go zaraz czeka. Doszedł do domu, stając przed progiem, spoglądnął lubieżnie na laskę za rogiem. Cycata panienka krzepko zniknęła w oddali, a Daiki do drzwi puka i wali. Ryouta w końcu drzwi te otworzył, "Ale cię będę dzisiaj chędożył!!!!" -Wita go Aoś, macha rękami i niezmiernie się cieszy że będą sami. Kise łbem kiwnął, przywitał go godnie, patrząc się przy tym na jego spodnie. "No wpuszczaj mnie szybciej, co tak pomału, bo z podniecenia dostanę zawału!!!! Nie gap się cioto na mego rozporka, tylko uwolnij tego potworka!!!!!" -Ten za pierś się łapie, po głowie drapie i z przerażenia donośnie sapie. "O na Boga i arcybiskupa, ale mnie będzie bolała dupa!!!!" -Pomyślał Kise i Aosia zaczął całować, nie wiedząc czy ma uciec czy się gdzieś schować. Daiki czując wielkiego wzwoda, tylko jedną miał myśl - "Pora na loda!!!!!" A że Ryouta często uskuteczniał takowe zabawy, szybko się doprowadził w tej sztuce do wprawy. "Uff, dobrze że Aominecchi dał mi takie zadanie, bo to o wiele lepsze niż ostre ruchanie..." -Blondyn z ulgą w głosie oddycha, wyobrażając sobie jak mu Aoś dupę rozpycha. Napalony Daiki swe gacie w kąt rzuca, a Ki-chan przed jego kroczem kuca. Wnet stanął przed nim drągal prężny, piękny, zadbany no i potężny. Do gęby go wkłada, językiem klepie, a Aomisiek się cały przy tym  telepie. Po chwili się zaparł, zastał w bezruchu, a język Kisiaczka ciągle był w ruchu. Przyrządem tym Blondyn wspaniale obracał, że aż Daiki oczami przewracał. A owy wyczyn  godny był chwały, gdyż jego kutas mu miażdżył migdały. Po czubku go smyra, wzdłuż się ociera by zadowolić swojego przyjaciela. Trudzi się, trudzi, po naplecie go głaska a pała w gębie o zęby trzaska. Ryouta ssie dalej, głębiej go wtyka, Aoś miał wytrysk - wszystko połyka. Sperma jego niczym cukiereczki, Kise nie wytrzymał i spuścił się w majteczki. Aomine poleżał cicho i odsapnął troszeczkę by wkrótce wziąć w obroty Ryouty dupeczkę. Zaraz potem, ku jego nóżką się schylił, zdjął mu spodnie i je rozchylił. Następnie na łóżko porywczo go rzucił i mu się kutas znowu ocucił. Blondyn odrzucił już opory wszelkie, wiedząc że katusze czekają go wielkie. I z trwogą patrzy jak jego chuj się rozwija, "A ileż centymetrów ma twoja żmija?!?!?!?!?!?!" "Jak ja go w sobie mam zmieścić całego, jak chyba żadna pała nie jest tak wielka jak jego!!!!!" -Boi się Kise, przełyka ślinę i Aosiowi nadstawia dupinę.  Bowiem nikt takiej pały jak Ao nie posiada, więc owy osobnik dumnie nią włada. Daiki bez słowa mu wkłada bydlaka, oj będzie, będzie dziś draka. Lecz Kiseł pokornie przyjmuje  cierpienie, będąc dumny iż ma w sobie Aosia przyrodzenie. Jednakże nie długo wytrzymał te męki i po chwili rozległy się głośne jęki. "Wyjmij, to wyjmij, to strasznie boli!!!!!" A ten go nie słucha, dalej pierdoli. Aomine Kisiaka w dupę klepnął, pocałunkiem usta złączył, jeszcze chwile go podymał a później w nim skończył. Potem zaś od nowa tą zabawę powtórzył i jeszcze z pięć razy się w Ryoucie zanurzył. Finalnie ospermiony Blondyn z radością zerka na swego lubego sprzęta, "W końcu twa pała jest opadnięta!!! Ile do cholery możesz tak dymać??? Przecież tego nie można wytrzymać!!!!!" Jednak Aomisiek zmęczony, dupą obrócił się do swej "żony", kołdrą  zakrył się w całości, nie okazując Kise żadnych czułości. Ki-chan jeszcze nie wiedział na co się zanosi, po chwili patrzy, a pod kołdrą coś się podnosi!!!! "Aominecchi, no bez urazy, ale doszedłeś już dzisiaj chyba z sześć razy!! Czy nie wystarczą ci te figle rozmaite??? Daj mi spokój i zwal sobie kite!!!!" "Ale ja chcę z tobą, przed lustrem, na pieska!!!" -I od początku zaczyna się groteska.

      Ps. Pożyczuje ogroma nieszczęść z okazji piątka 13-tego :P :D


czwartek, 10 marca 2016

✩ Detektywistyczny budyń waniliowy cz. numero 2 :D ✩

Witam i bez zbędnego ociągania i przeciągania zapraszam drogich Państwa na ostateczną rozgrywkę tytułowego wytworka!!!!!!!!!!! :D

 ˙·٠•♥ ♥•٠·˙ ˙·٠•♥ ♥•٠·˙ ˙·٠•♥ ♥•٠·˙ ˙·٠•♥ ♥•٠·˙ ˙·٠•♥ ♥•٠·˙ ˙·٠•♥ ♥•٠·˙ ˙·٠•♥ ♥•٠·˙ ˙·٠•♥ ♥•٠·˙ ˙·٠•♥ ♥•٠·˙

Eh, jakiż to ciężki jest żywot narratora, któremu przełożony zlecił relacjonowanie iście idiotycznych wyczynów, równie pieprzniętej grupki dorosłych ludzi, jacy to zapakowali do rakiety swoje racjonalne myślenie i wystrzelili je na planetę nonsensu i debilizmu, co by stworzyć na niej cywilizacje przyszłości.  Z resztą - co tu dużo mówić, przekonajcie się sami...

Drugi dzień śledztwa 

Nastał nowy dzień. Gwiazda oświetlająca świat właśnie powróciła z  nocnej, planetowej eskapady orgistycznej, z powrotem zasiadając na swym niebowym stanowisku pracy. Słońce tego dnia miało wyjątkowo dobry humor i już od samego poranka z perfidną ciekawością podglądało Ziemian, pogrążonych w codziennych, rutynowych czynnościach. Rzecz jasna pierwszymi ludźmi na liście, do których Pani Słoneczko wysłała jednego ze swoich szpiegowskich promieni, byli członkowie poczochranej śniętej trójcy. 
Mały, jasny jak zęby Kise po wybielaniu gipsową zaprawą murarską promyczek, po cichutku i na paluszkach wtargnął do pokoju, w jakim to znajdowali się owi "inteligenci", oddani krainie erotycznych marzeń sennych. Jednakże naszemu świetlistemu bohaterowi, nie na długo udało się pozostać w milczeniu, albowiem na widok który tam zastał, wybuchnął arcydonośnym śmiechem. Za poduszkę Aomine posłużył tyłek Sayuri, rozwalonej niemalże na całej powierzchni ich "stosunkowo" nie wielkiego łóżka, natomiast Aomine został wykorzystany przez wtulonego w niego Ryoute, jako maskotka do spania. Dodatkowo w pomieszczeniu wyraźnie było słychać senne monologi wcześniej wspomnianego Blond-modela, w kółko nawijającego coś o maseczce pielęgnującej genitalia, a na łożu można było wyczuć sporą wilgoć, najprawdopodobniej pochodzącej z "armatki wodnej" Daikiego oraz ślinotoku Marchewki, zapewne śniącej o jakiś sprośnych poczynaniach z jaśnie panem Granatowowłosym. Rozbawienie promyka wzrosło do takiego stopnia, iż swoim hałaśliwym zachowaniem, zbudził ich wszystkich na równe nogi, po czym speszony, błyskawicznie pogalopował do jego słonecznej szefowej. 
-AAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!!!! - Nagle, niczym siedem miliardów przeraźliwie wyjących śpiewaczek operowych, zapiszczał zdegustowany Kise. Zaspana dwójka tylko oblepiła go spojrzeniem, w którym jednocześnie zawierało się pytanie: "CO SIĘ KURWA DZIEJE?!?!?!?!?!?!"
-C-czy ta twoja wielka, pomarszczona, obślizgła trąba, całą noc OCIERAŁA SIĘ O MOJĄ NIESKAZITELNIE GŁADKĄ NOGĘ????!!!!! - Zapytał zbulwersowany Ryouta, patrząc się wzrokiem żądnym morderstwa na Aomine, który wówczas świecił swoim nagim przyrodzeniem jaśniej niż samo słońce. -I czemu do jasnej ciasnej chodzisz BEZ MAJTEK??!?!?!?! 
-Wyluzuj... W nocy Sayu grała mi na niej koncert, a potem nie chciało mi się ubierać gaci... a w ogóle o co ci chodzi? Masz coś do nas? 
-Do was...? 
-Do mnie i do mojej wielkiej pały. -Odburknął dumnie Ciemnoskóry, subtelnie głaszcząc swojego międzynogowego przyjaciela. 
-W TYM MOMENCIE GĘBY NA KŁÓDKĘ!!!!!!! KISE,  NIE MASZ GORSZYCH PROBLEMÓW?!!! -Ryknęła poirytowana Pomarańczowowłosa. -Daiki, natychmiast chowaj tego kutasa i ujarzmijcie się do cholery, bo trzeba wstawać i zacząć działać!!!!!! -Na jej reprymendę chłopaki w tempie ekspresowym przywrócili się do porządku. 
-No to jaki masz plan pani generał? -Spytał drwiąco Aomine. 
-Jest sobota, a w sobotę założę się że Taiga i Tetsu na pewno będą chcieli spędzić ze sobą trochę wolnego czasa... Pozostaje więc jedynie kwestia tego, w jakiego sposoba to uczynią, gdzie oraz kiedy. 
-Jak niby zamierzasz się tego dowiedzieć?
-Luzik, już moja w tym głowa. -Zapewniła z chytrym uśmieszkiem dziewczyna. -Kise, dawaj kalkulator. -Ten bez słowa wykonał rozkaz, podając Sayuri owy przedmiot. Ona szybko wystukała na nim numer do Kagamiego i dokonując paru prostych obliczeń matematycznych, finalnie udało jej się nawiązać połączenie.

-H-halo?
-Dzień dobry, z tej strony Andrzej Chujas, przedstawiciel firmy "Nie udawaj frajera zjedz burgera" mam dla pana specjalną ofertę na dzisiejszy wieczór! -Oznajmiła przebojowo Pomarańczka, nieco zniekształcając swój głos.
-A co to za oferta? Bo dzisiejszy wieczór mam już zajęty... -Odrzekł Taiga całkowicie nieświadomy z kim rozmawia.
-Otóż dziś o godzinie 19 przy ulicy Pokolenia Ciulów 69 odbędzie się darmowa degustacja naszego najnowszego produktu którym jest rybi burger ze świeżym, dorodnym mięsem z walenia! Będzie pan mógł jeść ile tylko pan zechce, a żeby tego było mało, dołączamy jeszcze wszystkie napoje gratis!!! Proszę to przemyśleć, taka okazja może się już nigdy nie powtórzyć!!!
-Pokolenia Ciulów 69? To dwa kroki ode mnie...! Eee brzmi zachęcająco ale niestety na 19 mam plany... 
-Może pan zabrać ze sobą osobę towarzyszącą.
-Osobę towarzyszącą? -Chłopak zamilkł na moment. -A macie szejki waniliowe? Bo raczej za burgerami to zbytnio nie przepada...
-Niestety nasza oferta nie obejmuje szejków... Jednak gdyby przypadkiem pan zmienił zdanie proszę dać znać, do widzenia!! -Oświadczyła, po czym wcisnęła znak równości w celu zakończenia rozmowy. 

-HAHAHAHA!! Nie wierzę ze ten debil dał się nabrać na coś takiego!!!! -Aomine wraz z Kise turlali się po podłodze, próbując stłumić nagły atak śmiechu.
-To uwierz!!! Wszystko już wiemy, więc wieczorem na akcję idziemy!! -Podsumowała wierszująco Sayu. 
I tak oto wspaniałomyślny tercet kretynów, zaplanował kolejne szpiegowskie przedsięwzięcie. -Rzekł cierpiętniczo zwątpiony w życie narrator. 

***
Wszyscy doskonale wiemy, iż nie od parady ktoś kiedyś wymyślił spostrzeżenie mówiące że: "Czas nie kutas, nie stoi w miejscu". Adekwatnie do tej prawdziwej sentencji, poranek prędko przeistoczył się w popołudnie, a popołudnie przeistoczyło się w wieczór, wskazując godzinę zero dla tajnych agentów. Równo kwadrans po dziewiętnastej, zwariowani detektywi przymaszerowali pod siedzibę mieszkaniową Taigi K., w której to rzekomo niebawem mają nastąpić wydarzenia, przybliżające ich do rozwiązania zagadki. 

-Ahh, Kagami-kun, nie tak mocno! To boli!
-Sorry Kuroko, zaraz przestanie, tylko najpierw musisz się trochę rozciągnąć i nie napinać mięśni! -Takie i podobne zadania, połączone z jękami rodem z najostrzejszych produkcji pornograficznych, od przeszło dobrych dziesięciu minut trafiały do uszu Daikiego, Sayuri oraz Ryouty, stojących parę metrów pod oknem. 
-Co oni tam wyprawiają?! -Zastanawiał się Kise. 
-Jak na uszy eksperta od takich dźwięków, to ja myślę że oni   po prostu się ruchają... - Wygłosił tezę pewny siebie Granatowowłosy. 
-Przestańcie pieprzyć, trzeba to sprawdzić osobiście! -Powiedziała  zdeterminowana Marchewka, złapała swoich towarzyszy za ręce i zaprowadziła pod drzwi wejściowe. 
-Kurrrrrwa, zamknięte na pięć spustów! -Aczkolwiek wtargnięcie w przestrzeń prywatną szpiegowanych delikwentów okazało się nie być takim łatwym zadaniem. 
-Daiki, Ryouta, musimy wyważyć drzwi! -Nakazała zdecydowanie dziewczyna. 
-Pani marchewkowa mądrość, a pomyślałaś jak to zrobić żeby nie narobić hałasu? Przecie jak zaczniemy się tłuc, to wszystko nagły szlak trafi... -Bystro zaznaczył Aomine.
-To wszystko wasza wina, bo przez was nie mogę się skupić na tym co robię! Poczekajcie sekundę, zaraz coś wymyśle! -Syknęła Sayuri po czym poczęła rozmyślać nad perspektywą działania. 
-Sayucchi, Aominecchi, słyszycie to? -Po chwili ciszy odezwał się Blond-model. 
-Niby co? Że gdzieś niedaleko koszą trawę? -Spytała z absurdem w głosie Pomarańczowowłosa.
-Tak! I właśnie wpadłem na genialny pomysł! -Wykrzyknął podekscytowany Kise. - Plan jest taki, że po prostu ja skopiuje dźwięk kosiarki a wy w tym czasie zajmiecie się rozwalaniem zamka. Supcio to wymyśliłem, nieee?
-Haha, no nieźle Kisie, nie sądziłem że taka ciota jak ty, może nam się do czegoś przydać! -Odpowiednio podsumował Daiki i w okamgnieniu cała trójka rozpoczęła omawianą akcję. Kise zajął swoje stanowisko na trawniku, wydając z siebie potężny warkot, niczym najlepszej klasy kosiarka spalinowa, a reszta szast-prast uporała się z przeszkodą uniemożliwiającą otwarcie drzwi. Po momencie, nasi doskonali szpiedzy weszli do pomieszczenia i bezszelestnie kroczyli do pokoju, z którego docierały podejrzane odgłosy. 
-Sayuri-san, Aomine-kun, Kise-kun...? Co wy tu robicie...? -Wtem ni z tego ni z owego, pisnął zszokowany Tetsuya, powodując u owych osobistości przedwczesny zawał serca. 
-Eeee... no bo Kurokocchi, my przyszliśmy do Kagamicchiego żeby.... ummm... -Jąkał się Ryouta, nie mając pojęcia jak wybrnąć z całego zamieszania. 
-Kagami-kun, masz gości. -Zawołał Kuroko.
-Jakich gości? Przecież z nikim się na dzisiaj nie umawiałem... -Mruknął Taiga idąc rozwiać swoją ciekawość. -To wy?!! -Ryknął zdziwiony. -Sayu, Kise, rozumiem, ale po co tu TEN DEBIL?!?!?
-Ej ty, czterobrwiowy pacanie, nie pozwalaj sobie! -Odchrząknął wnerwiony Aomine. -Przyszedłem tu tylko po to, żeby ci powiedzieć że jesteś największym kretynem jakiego ludzkość widziała!!! 
-Ty sobie nie pozwalaj, idioto patentowany! -Krzyknął Kagami, rzucając się z pięściami na Granatowowłosego. 
-DOŚĆ TEGO DO CHOLERY JASNEJ!!!! WSZYSCY JESTEŚCIE NIEDOROZWINIĘTYMI PAJACAMI!!! -Do kłótni wtranżoliła się Marchewka. -Ja muszę po prostu spytać, bo nie wytrzymam dłużej!!!! -Warknęła, tym samym uciszając parę skaczących sobie do gardeł cweli. 
-TAIGA, CZY TY JESTEŚ PEDAŁEM? -Wypaliła bez ogródek. 
-NIEEE!!!!! Ja jestem 100% homo!!!!! -Odpowiedział z arcywielkim przekonaniem. 
-Kagami-kun, chyba chciałeś powiedzieć "100% hetero"... -Lekko poprawił go Błękitnowłosy. 
-A to nie to samo...? Ahh, cholera, nieważne, myli mi się to... -Wymamrotał zażenowany Taiga, na co wszyscy zgromadzeni zaczęli śmiać się wniebogłosy. 
-Hahaha!!! Czyli ty i Tetsu jednak nie jesteście razem? -Ostatecznie chciał upewnić się Daiki. 
-HĘĘĘĘ??? ŻE CO??? Ja i Kuroko razem?!!! W życiu!!! Skąd wam to w ogóle przyszło do głowy?!?!
-Bo cały czas się koło siebie  kręcicie i do tego jeszcze te dźwięki, które przed chwilą słyszeliśmy... -Wyjaśniła Sayuri.
-Sayu... my jesteśmy tylko dobrymi przyjaciółmi, a Kuroko tak lamentował bo pokazywałem mu parę ćwiczeń na przyrost masy mięśniowej... -Usłyszawszy definitywną konkluzję, na twarzach śniętej trójcy zagościły głupkowate, zmieszane miny, które po niedługiej chwili przerodziły się w szerokie uśmiechy, a następnie całe towarzystwo rozchichotało się na amen.


Jak widzicie, misja została zakończona sukcesem. 




niedziela, 28 lutego 2016

❃ Detektywistyczny budyń waniliowy cz. numero 1 :D ❃

Niech sobie każdy z Was na swego sposoba owego tytuła zinterpretuje, a ja tutaj dziś wszystkich z radochą przywituje!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! :D Tym razem nieujarzmione natchnienie wezbrało się we mnie kiedy to parę dzionków temu sobie stałam i nogami z braku cierpliwości przebierałam, w kolejce na poczcie :D W momencie, w jakim to spojrzałam na rachunka którego wówczas miałam do zapłaty, ni z gruszki ni z pietruszki, me drogie zwoje mózgowo-umysłowowe doznały nagłego oświecenia na spreparowanie nieco bardzo wariackiego tworeczka :D Odchodząc już od temata iż moje nieoczekiwane inwazje pomysłów praktycznie zawsze urzeczywistniają się w przedziwnych miejscach oraz sytuacjach, prezentuję najwielmożniejszemu Państwu to nieskromnie szaleńcze opowiadanko, w którym będzie można doszukać się stosunkowo niewielkiego nawiązania do pairinga KagaKuro :D :P To tyle z mojej szanowniutkiej strony, dziękuje serdecznie za uwagę i kłaniam się nisko!!!!!!!!!!!!!!!!! :D ᕙ(`▽´)ᕗ

*********************************************************************

Nad czcigodną stolicą Japońskiego naroda której to na imię jest Tokio, właśnie zapadł zmrok. Słońce niemogące dłużej patrzeć na głupotę egzystencjalną większości Tokijskiego społeczeństwa, poszło się jebać z innymi Ciałami Niebieskimi zamieszkującymi wszechświat, a na swoje miejsce wystawiło Pana Księżyca - zboczonego alfonsa który to wprost ubóstwiał podziwiać nocne baraszkowania ludzkiej rasy. Życie na ziemi natomiast przebiegało w najnormalniejszym porządku. Co poniektórzy zmęczeni wracali do swoich czterech ścian po ciężkim dniu pracy, inni tj. uliczne kurewki dopiero się do niej szykowały, a trójka nieźle kopniętych umysłowo dwudziestolatków beztrosko opierdalała się w restauracji ze śmieciowym żarciem, zwanej potocznie Maji Burgerem. W skład tejże szalonej bandy pozytywnie jebniętych kretynów wchodził ciotowaty Blondyn Kise, pracujący jako modelka dla dziecięcych czasopism, Granatowowłosy maczo Aomine, spełniający się zawodowo jako profesjonalny macacz kobiecych piersi, a na czele owej szajki stała Pani Sayuri - agresywna testerka wyrobów alkoholowych, której to przez codzienne pożeranie 55 kilogramów marchewki od życia płodowego, włosy zabarwiły się na czysto pomarańczową barwę. To tyle słowem przedstawienia głównych bohaterów tego komedio-dramata, jaki niebawem się rozstrzygnie. 

Od niedawna, wyżej wymieniona święta trójca podczas wolnego czasu od ich jakże stresujących prac, bawiła się w ściśle tajnych szpiego-detektywów. Obiektem na celowniku stali się nijacy Tetsuya K. wraz z Taigą. K, a mówiąc dosadnie, poziom wzajemnych relacji owych osobistości. Zaintrygowani faktem, iż ta dwójka coraz to częściej zaczyna blisko ze sobą przebywać, postanowili osobiście rozwikłać wątpliwość, czy łączy ich tylko niewinna przyjaźń, czy może coś więcej. 

***
-Ał!!! -Pisnęła jedna z pracownic firmy M burger, w chwili kiedy wracając do stolika z odebranym zamówieniem, ten bezczelny, chodzący testosteron Daiki złapał ją za cycka. O ile ten czyn nie przeszkadzał owej piersiatej panience, a wręcz spodobał jej się , co można było wywnioskować z lubieżnego uśmieszka na jej gębie, o tyle rozwścieczyło to Panią Sayuri, której furię w tamtym momencie wyczuli by nawet Marsjanie. 
-CZYŻBYŚ ZAPOMNIAŁ, DO CZYICH CYCKÓW CIĘ ZATRUDNIŁAM?!!! -Zapytała z oburzeniem, na co przerażony Aomine tylko pokręcił przecząco łepetyną. -NIE?! W takim razie uważaj, bo obetnę ci "wynagrodzenie"! 
-A-ale tak dosłownie mi obetniesz...? 
-Tak, a potem oddam na cele charytatywne, kurwa! -Wrzasnęła kpiąco Marchewka, upijając łyk swojego zamówienia, którym była jedynie woda mineralna. 
-Sayuricchi!!! Aominecchi!!! Uspokójcie się!!! -W końcu sprzeczkę przerwał Ryouta. -Dochodzi 18 i 555 sekund, a o tej godzinie według moich obliczeń, Kagamicchi i Kurokocchi codziennie przychodzą tutaj na kolację! Bądźcie czujni! -I faktycznie, nim wszyscy zdążyli się obejrzeć, wspomniana para jak gdyby nigdy nic zawitała przed szybami budynku. 
-Ty patrz, są! -Oznajmił entuzjastycznie Granatowowłosy. -Sayu, chowaj ten oczojebny łeb bo nas zauważą i cały plan pójdzie do ciemnej dupy! -Dziewczyna posłusznie wykonała polecenie, krzepko wślizgując się pod stół, lecz oczywiście nie była by sobą bez swojego chamskiego mamrotania pod nosem. 
-A nie mówiłem? -Rzekła Blond-ciota przepełniona dumą. -Obserwujmy ich dokładnie.
-No niby idą blisko siebie ale to jeszcze nic nie znaczy... -Referował Daiki. 
-Moim zdaniem idą za blisko, jak na przyjaciół. -Dodał Kise. 
Przechodząc do wydarzeń na zewnątrz, w pewnej chwili Kuroko doszczętnie pochłonięty konwersacją ze swoim towarzyszem, potknął się, zupełnie tracąc poczucie grawitacji. Aczkolwiek na całe szczęście, w samą porę przed upadkiem obronił go Taiga i zamiast spotkania twarzą w twarz z betonową posadzką, Tetsuś wylądował w jego silnych ramionach. Zaiste w trymiga wywołało to arcywielką sensację u śledzących ich trójki, którą to ukazali przez potężny okrzyk wyrażający nie małą podnietę. 
-KISE SZYBKO, RÓB ZDJĘCIE!!! -Rozkazała Pomarańczowowłosa, a ten automatycznie wyjął aparat po czym skierował obiektyw na... siebie. Reakcją jej oraz Aomine było nic innego jak tylko tzw. "facepalm".
-BOŻE ŚWIĘTY, IM, NIE SOBIE IDIOTO!!! -Jednak niestety było już za późno. 
-Eeetooo... nie wściekajcie się, ja tylko chciałem mieć selfie z nimi w tle... 
-I widzisz co do cholery narobiłeś?! Straciliśmy taki dowód! -Wykrzyknął poirytowany Ciemnoskóry. 
-Dobra, nie ważne. To i tak za mało by stwierdzić że są razem. -Sapnęła Sayuri, po cichutku zrywając boki z komizmu sytuacji. -Słuchajcie chłopaki, mam plana... Jutro jest piątek, a zauważyłam że w piątki po pracy, często chodzą na wynajętą sale gimnastyczną, co by pograć razem w kosza. Pójdziemy tam i podpatrzymy jak się zachowują. Ale uwaga - nie możemy rzucać się w oczy, więc ubierzcie się tak, ażeby nie przyciągać zbytniej uwagi. Zrozumiano? -Ci tylko pokiwali przytakująco głowami. -No to jesteśmy umówieni, nara! -Odrzekła Marchewka, wstała i opuściła lokal. 

***
Pierwszy dzień śledztwa.

-Aghh, gdzie jest ten zasrany granatowy debil?!!! -Absolutnie żadną nowością nie było to, iż jaśnie pan Aomine nie wstawił się o umówionej porze na miejscu spotkania, co w konsekwencji spowodowało ekstremalny wzrost ciśnienia u czekających na niego kompanów. 
-Jeszcze minuta, a przyrzekam że zrobię z jego kutasa worek na śmieci!!! -Emocjonowała się rozzłoszczona do granic możliwości Pomarańczka. 
-Sayuuucchiii, też jestem wkurzony, ale spokojnie, na pewno zaraz przyjdzie... -Kise starał się załagodzić sytuacje. 
-Jak mam być spokojna, gdy Kuroko i Kagami już są na sali i być może że właśnie przegapiamy jakąś ciekawą akcję! 
-Hmmm, spójrz, chyba idzie... -Oznajmił Blond-model po czym obydwoje skierowali wzrok na wyłaniającą się z oddali postać. Na widok pana spóźnialskiego, na ich twarzach pojawił się wyraz arcyogromnego zaskoczenia, co najmniej jak gdyby ujrzeli zmodyfikowane genetycznie latające nożyczki.
-JA PIERDOLE DAIKI, CZEMU DO CHOLERY JASNEJ PRZEBRAŁEŚ SIĘ ZA KECZUP?!?!?!?!?!??!
-Co ci się nie podoba...? Pomyślałem że taki dwumetrowy keczup będzie zajebistym kamuflażem dzięki któremu na pewno nas nie rozpoznają... -Mruknął z pokorą zmieszany Granatowowłosy. 
-POMYŚLAŁEŚ?!?!?! To pomyślałbyś czasem tym mózgiem na górze, a nie tylko tym który masz między nogami!!! Tfu!!! Przecież Ty innego nie masz! -Pyskowała już całkowicie wkurwiona dziewczyna. 
-Aominecchi ale z ciebie idiota... Miałeś się tak ubrać żeby nie wzbudzać zainteresowania, a tymczasem wszyscy się na nas gapią!!! 
-Dlatego się tak przebrałem bo eee... miałem to w planie którego jeszcze nie znacie... -Ciemnoskóry keczup próbował wybrnąć z opresji.
-No dawaj, słuchamy...
-To ja wejdę na drzewo które jest na przeciwko okien i ściągnę ich uwagę na siebie, a wy w międzyczasie zakradniecie się do sali i schowacie gdzieś za drzwiami. Będziecie mieć zajebiste miejsce do obserwacji, a do tego nikt was nie zauważy...
-O, w sumie dobry pomysł Daikicchi! -Przyznał Ryouta, wydający się popierać tą jakże świetną ideę.
-Nie ma mowy, ja w to nie wchodzę. To już jakieś totalne psycholstwo jest! -Wszystkiemu zaprzeczyła Sayuri. -Czy ty siebie słyszysz kretynie? Wielki keczup wspinający się na drzewo? A z resztą... róbcie se co chcecie, z chęcią się z was ponabijam! -Rzekła odchodząc na bok, a oni bez słowa przystąpili do działania. 

***

Oczywistym wręcz było, iż całą tę akcję chuj zastrzelił. Wspaniały keczupowy pomysłodawca, jak szybko na owe drzewo wlazł, jeszcze szybciej z niego spadł, co w konkluzji przyczyniło się do tego że dwójka trenująca na sali słysząc huki i trzaski dobiegające z zewnątrz, zainteresowana poszła sprawdzić co stoi za tym zamieszaniem. Wówczas nasi agenci specjalni, mimo przeszywającego bólu tyłka oraz innych części ciała Aomine, byli zmuszeni z szybkością błyskawicy opuścić miejsce zdarzenia.