piątek, 9 grudnia 2016

☠ "Win odkupienie w nietaniej cenie", część ostatnia. ☠

Przywituje jak zawsze uroczyściutko i  bezzwłocznie prezentuje przed wielebnym Państwem końcowego rozdziała, rozstrzygającego wszyściuśkie tajemnicze kwestie, z jakimi to mieliście przyjemność bądź  też nieprzyjemność :P  zapoznać się w poprzednim odcinku :D  👍👍👍

▼▲▼▲▼▲▼▲▼▲▼▲▼▲▼▲▼▲▼▲▼▲▼▲▼▲▼▲

Następnego dnia

Tradycyjnie, gdy na zegarze wybiła równo 4:34,  ocknąłem się. Leżałem na podłodze w otoczeniu krwistych kałuży, a w pomieszczeniu panował piekący chłód. Z arcywielkim trudem stanąłem na nogi i opuściłem łazienkę. 

Za sprawą rzeszy tychże  niewyjaśnionych incydentów, każdy ruch był dla mnie utrapieniem, a paraliżujący strach sprawiał, iż panicznie bałem się własnego cienia. 

Czy ja... zwariowałem? 

Odpowiedź na to pytanie mogłem uzyskać tylko w jeden sposób. Na poczekaniu postanowiłem  zasięgnąć opinii specjalisty od różnorakich usterek człowieczej psychiki, tak więc bez większego namysłu ruszyłem w podróż do miejscowego ośrodka psychiatrycznego. Ażeby choć w niewielkim stopniu zniwelować uczucie stresu oraz zagłuszyć lęk jaki to nieprzerwanie towarzyszył mi od wczoraj, zadecydowałem że umilę sobie drogę, poranną audycją radiową. Wobec tego zaaplikowałem zestaw słuchawkowy w odpowiednie miejsce i jednym dotykiem palca uruchomiłem odbiornik. To, co trafiło do mych uszu, sparaliżowało mnie od stóp do głów. W słuchawkach zamiast relaksacyjnej muzyki, słychać było przenikliwe-demoniczny kobiecy krzyk. Mój telefon natychmiastowo z gromkim hukiem wylądował na ziemi, a ja z lamparcią szybkością rzuciłem się w ucieczkę.

 Lecz... przed czym?

***
"Następny proszę!" -Ów zwrot zasygnalizował, iż finalnie jest mi dane wkroczyć na długo wyczekiwaną konsultację z psychiatrą. Niemrawo, ciągle drżąc wszedłem do gabinetu. 
-Dzień dobry, proszę ściągnąć okrycie wierzchnie i wygodnie sobie usiąść. -Pogodnie przywitała mnie młoda, uśmiechnięta kobieta, wskazując dłonią na kozetkę. 
-D-d-dzień dobry... -Odrzekłem jąkając się i posłusznie wykonałem jej polecenie. 
-Jaka jest więc przyczyna Pańskiej wizyty? -Zapytała, spoglądając raz na mnie, a raz na moją dokumentację. 
-Wydaję mi się że ja... zwariowałem... Wszystko zaczęło się jakiś czas temu. Codziennie budzę się o tej samej godzinie nad ranem, czuję się osaczony i prześladowany przez kogoś, kogo nie widzę, słyszę krzyki w mojej głowie i generalnie miewam jakieś surrealistyczne, przerażające wizję... -Pokrótce wyjaśniłem lekarce problematykę. -Pani doktor, proszę o pomoc, ja nie dam rady tak funkcjonować!!!-Krzyknąłem błagalnym tonem. 
-Spokojnie, zrobię wszystko, co w mojej mocy. -Zapewniła. -Czy może Pan mi powiedzieć, czego najczęściej dotyczą wymienione przez Pana wizję? 
-Krew... Zmasakrowane ciało... I... zarysy kobiecej twarzy, których nie jestem w stanie zidentyfikować... -Odpowiedziałem z mozołem. 
-Proszę podejść bliżej i spojrzeć mi w oczy. Bez obaw, nie zrobię Panu krzywdy. -Zaręczyła terapeutka a ja pokrzepiony jej słowami wykonałem czynność, o którą prosiła. 
-Czy teraz Panu coś świta? -Spytała, pełnym enigmatyczności głosem. 
-N-niestety n-nie... - Przez moje ciało przeszły ciarki. 
-A może teraz rozpozna Pan tę kobietę?!!!- Ryknęła ogłuszająco i nagle jej twarz poczęła przeobrażać się w pokiereszowane oblicze niewiasty, jaka niegdyś ukazała mi się w lustrze. Krzycząc, co tchu wybiegłem z pokoju i zniewalająco przerażony pognałem przed siebie. 
-Wracaj tu, barbarzyńco!!! Nigdy nie uciekniesz od konsekwencji dokonanego przez Ciebie czynu!!!!!!!!!!! -Wrzasnęła z oddali wydawszy z siebie jazgot, jak gdyby przemawiał przez nią sam lucyfer. 
Prułem przed siebie niczym torpeda, co chwila naprzemiennie potykając się i przewracając. Spod mych powiek leciały łzy, a z ust zaś wiązanka przekleństw pomieszana z pytaniami "Co ja zrobiłem?!?!?!!?? Co ja kurwa, zrobiłem?!?!?!?!?"  Nie rozumiałem. Nic już z tego nie pojmowałem. 
W ostateczności moje nogi zaprowadziły mnie do punktu wyjścia, który stanowiły me cztery ściany. W owym czasie wszystko stało się dla mnie obojętne i zdające się nie posiadać kompletnie żadnego zdroworozsądkowego oraz jakkolwiek sensownego uzasadnienia. 

"Dosyć. To nie ja zwariowałem, TO TEN ŚWIAT JEST POPIERDOLONY!!!!!!!!!!!!!!!"

Gruntownie zrezygnowany,  z prawej kieszeni mych spodni wyciągnąłem solidnie naostrzony scyzoryk, a następnie przystawiłem go do swojej szyi. Stanąłem na przeciw okna i potępiająco spoglądnąłem w otulone gęstymi chmurami niebo. "Żądam wyjaśnień. Może wy, którzy siedzicie po tej jebanej drugiej stronie, wszystko mi wytłumaczycie!!!!!!!" -Zawrzeszczałem, a narzędziem, jakie kurczowo trzymałem w mej drgającej z niepokoju dłoni, wycelowałem prosto w krtań. Zamknąłem oczy i począłem powoli godzić się z perspektywą iż nie otworzę ich ponownie, aczkolwiek mimo porządnie zadanego ciosu, w dalszym ciągu nieporuszenie tkwiłem w pionie. "Co do...????"-Pomyślałem skonsternowany i wbiłem nóż jeszcze raz, wszak głębiej i silniej. Rezultat był równoznaczny z uprzednim. Zacząłem więc dokonywać kolejnych cięć, jednakże za każdym następnym razem, kończyło się na tym samym. Jeszcze raz, jeszcze raz i jeszcze. Zupełnie nic nie skutkowało. Koniec końców, owładnięty szaleńczą frustracją, rozpocząłem  kolejno odżynać sobie kończyny. Na pierwszy ogień poszło prawe przedramię, potem szeregowo, palce u lewej ręki, a na ostatek pozbawiłem siebie nosa oraz małżowin usznych. Pod moimi stopami rozlewał się ocean krwi, w którego głębinach beztrosko pływały odcięte części mojego ciała, a ja wciąż podziwiałem ów widok z góry. "Dlaczego ja jeszcze żyje?!?!?!??!? Już dawno powinienem zdechnąć!!!!!!!!!!!"- Dźgnąłem się w serce i zwiesiłem głowę ku dołowi. Wtem spostrzegłem iż moja krew w  ekscentryczny sposób zaczyna formować się w dziwne kształty, przypominające znaki na podobieństwo liter. 

Emily M.,lat 22 -Odczytałem po chwili. 06.06.2006, porwana, brutalnie pobita a następnie siłą zaciągnięta do mieszkania o numerze 162 mieszczącego się na Hazy Street. Tego samego dnia  o godzinie 03.34 A.M. została bestialsko zgwałcona po czym dokładnie za godzinę od tegoż przykrego incydentu,  dokonano na niej morderstwa. Zwłoki poćwiartowano, owinięto w foliowy worek i ukryto w chłodni, w celu zneutralizowania specyficznego odoru, wydzielającego się z martwego ciała. Sprawca zakopał szczątki pod ruinami opuszczonego szpitala psychiatrycznego, w następnej kolejności popełniając samobójstwo, przez samookaleczenie się nożem. 

I nagle cały dylemat został rozwikłany, a wspomnienia jedno po drugim wypełniały me mózgowie. 

"No tak... teraz rozumiem... jestem martwy, a to jest jest moje piekło." 

***
Nazajutrz, rutyniarsko obudziłem się o 4:34. I znów wszystko wróciło do normy.




piątek, 2 grudnia 2016

🔪 "Win odkupienie w nietaniej cenie", część pierwsza. 🔪

Na górze banan w kapturze, a na dole inne bajery, powituje wszystkich w zacniutkich progach mej blogosfery!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! :D Dzisiejszego jakże cudnego dzioneczka nie przywiał mnie wiatr, który wyrządza dzikie harce po zewnętrznej stronie mojego okna, lecz przypłynęłam na tą że szanowną przestrzeń blogową z powiewem świeżości rozszalałej weny, jaka to omotała mego bezcennego przrząda służącego do myślowania i w rezultaciku nakłoniła do napisowania wytworeczka zamiejscowionego nieco niżej :D Nie rozciągając przesadnie mej mowy wstępikowej, mogem Państwu zagwarantować iż gdyż część druga, a zarazem ostatnia, owego realtywnie nie długiego opowiadaneczka, będzie miała okazje zaszczycić Państwa swą obecnością w dniach najbliższych przyszłego tygodnia i nadać sensa wszyściuteńkim, z lekka kuriozalnym okolicznością zawartym w treści tejże opowieści, bowiem na pierwszego rzuta oka mogą wydawać się one niespójne tudzież niezrozumiałe :D A o jakich okolicznościach mowa???????? :D Tego już dowiedzą się Państwo na podstawie konteksta omawianego teksta :D, dlatego też czcigodna Pani autorka na chwilę obecną się z Wami pożegnuje  i gorrrąąąccooo zaprasza do czytowania :D ✌✌✌ 


¸.•°*”˜˜”*°•. ¸.•°*”˜˜”*°•. ¸.•°*”˜˜”*°•. ¸.•°*”˜˜”*°•. ¸.•°*”˜˜”*°•. 

Niech ze sprawiedliwości stanie się zadość, a z zadości sprawiedliwość, bowiem Ci którzy zła się dopuścili, w czeluściach zła się pogrążą.

Poranek, mieszkanie nr 162, 4 piętro. 

Jakaś mistyczna siła sprawiła, iż mój sen  nagle został przerwany. Powieki wbrew mej woli podążyły do góry, a ma świadomość w pełni powróciła na jawę.  Obróciłem się ku szafce, co by dosięgnąć dłonią usytuowanego na niej telefonu i  przełknąłem nerwowo ślinę, finalnie znajdując w głębi siebie odwagę, ażeby spojrzeć na godzinę, jaka to jasnym światłem pobłyskiwała na ekranie. "Znów to samo...!"  - Pomyślałem, a paranoidalne dreszcze  wzdłuż i wszerz przeszyły moje ciało. Byłem przerażony. 

"4:34". Systematycznie od miesiąca, dzień w dzień, me oczy  bezpodstawnie otwierały się o tejże godzinie. Niejednokrotnie  poszukiwałem przyczyny owego pozazmysłowego zjawiska, niestrudzenie spekulując iż być może mą tajemniczą pobudkę inicjuje  hałas docierający z zewnątrz, lecz szybko uzmysłowiłem sobie że moje mieszkanie mieści się na opuszczonej dzielnicy, gdzie jedynym czynnikiem będącym w stanie wygenerować jakiś znikomy gwar, były kruche, bezlistne drzewa, dynamicznie kołysane subtelnym powiewem wiatru. 

Późne popołudnie, przedmieścia miasta X. 

Jak każdego, pospolitego dnia, wracałem z pracy, mijając całe tabuny "ludzi bez twarzy".  Od niepamiętnych czasów czułem się wyobcowany od społeczeństwa, czułem iż coś w drodze mej personalnej ewolucji poszło nie w tym kierunku, co trzeba. Postrzegam człowieka jakoby był marionetką wyciętą z kartonu, która to jest podatna na każdy, nawet najmniejszy wpływ rządu i ogółu. Nie dostrzegam emocji na ich obliczach, z resztą sam jestem pozbawiony jakichkolwiek prymitywnych uczuciowych odruchów cywilizacyjnych. Smutek, niezadowolenie, radość, irytacja oraz cała gama wszelakich impresji,  w mych oczach zlewa się w jedność, a ludzkie twarze są dla mnie  niczym rozmyty,  mglisty krajobraz.  
***
Z korku na krok przyśpieszałem tępo, aż nieświadomie zacząłem biec. Zawsze, kiedy tylko przemierzam samotnie miasto, czuję jak gdyby ktoś nieustannie wpatrywał się we mnie, bacznie obserwując każdy mój ruch i podążając za mną w każde miejsce, w jakie tylko się udam. Od dawna odnoszę nieuchronne wrażenie, iż ma przestrzeń osobista została wyraźnie ograniczona. Gdziekolwiek i kiedykolwiek jestem, odczuwam bezwzględny brak prywatności, nie wspominając już nawet o sferze intymnej. Po wielokroć oglądałem się za siebie, jednakże każdorazowo nikogo nie było za moimi plecami. 

Po parogodzinnej przebieżce pośród okolicznych barów, znużony wróciłem do domu. Jako iż mój żołądek praktycznie cały dzień uporczywie alarmował  mnie o swej pustce, postanowiłem uraczyć go zupą, jaką to spreparowałem dnia poprzedniego. Niezwłocznie wyciągnąłem z lodówki garnek z ową potrawą a następnie stawiając naczynie na kuchence, poszedłem zamienić strój roboczy, na nieco lżejszy i wygodniejszy. Wykonawszy dość sprawnie tą że czynność, powróciłem do kuchni gwoli sprawdzenia ciepłoty mojego posiłku. W tym celu wziąłem do ręki łyżkę, podniosłem do góry pokrywkę umieszczoną na garnku i doznałem diametralnego osłupienia. To co znajdowało się w środku początkowo wywołało u mnie arcywielki szok, a kiedy po chwili udało mi się powrócić do zdrowych zmysłów, niemalże przyprawiło o mdłości. Zawartość naczynia wypełniała bulgocząca krew ludzka, w której pływały gałki oczne wraz z innymi, niezidentyfikowanymi wnętrznościami. Zadygotałem ze strachu, całkowicie nie mając najmniejszego pojęcia co się właśnie dzieje. Jednakowoż to nie była jedyna  wstrząsająca "niespodzianka". W pewnym momencie kątem oka spostrzegłem gęstą, czerwoną ciecz spływającą po zewnętrznej powierzchni lodówki. Będąc zlękniony a jednocześnie pełen obaw i ciekawości, bez większego wahania otworzyłem drzwiczki. "Chyba śnię... Tak, to koszmar, prawda? Powiedzcie kurwa, że to koszmar!!!!!!!" -Struchlałem, gdy wewnątrz ujrzałem świeżo poćwiartowane ciało. Na górnej półce znajdowały się odrąbane nogi, od których grubymi płatami odlatywała tkanka mięśniowa, na środkowej ręce łącznie z popiersiem pozbawionym głowy, zaś na samym dole rozbryzgane były zmiażdżone jelita, serce i wątroba. Z zawodu jestem lekarzem, toteż takowe widoki nie robią na mnie specjalnego wrażenia, aczkolwiek tym razem w trymiga napędzany lekkim przerażeniem, pognałem do łazienki. "Hahaha, pewnie znowu za dużo wypiłem...! Przecież takie rzeczy nie dzieją się naprawdę...!" -Zaśmiałem się pod nosem, nie do końca będąc pewnym wiarygodności swoich słów. "Uspokój się, musisz ochłonąć, wytrzeźwieć..."- I z taką też myślą, zrzuciłem z siebie ubrania, decydując się na otrzeźwiający, zimny prysznic. Odkręciłem żwawo kurki i kojąco chłodną wodą  począłem zmywać z siebie burzliwe emocje, mając nadzieje że to już koniec dzisiejszych paranormalnych perturbacji. Nie potrzeba było dużo czasu, ażebym przekonał się iż jestem w absolutnym błędzie. Cały ogrom mego uprzedniego optymizmu prysnął niczym bańka mydlana, w momencie w którym to zamiast przeźroczystej cieszy, z prysznica zaczął lecieć kleisty, żółtawy śluz. Momentalnie wyszedłem z kabiny i kompletnie nie wiedziałem, co mam począć wobec siebie i wobec zaistniałego zatrważającego kuriozum. Podszyty wszechogarniającym strachem, nieznacznie cofnąłem się w tył, jak gdyby rzekomo miało mi to pomóc w ucieczce przed nawiedzającą moje mieszkanie "metafizyczną bestią", lecz w zamian pośpiesznej ewakuacji, natknąłem się na kolejny atak przygotowany przez  ów potwora. Moja głowa zwróciła się w kierunku lustra, wszakże nie dojrzałem w nim zarysów swego odbicia, albowiem całą jego płaszczyznę, pokrywała smoliście brejowata, czarna plama. Zdezorientowany podszedłem bliżej, po czym podjąłem się próby usunięcia ciemnego nalotu z lustrzanej faktury. Ku memu rozczarowaniu, moje starania nie przyniosły oczekiwanego efektu, więc postanowiłem posunąć się do bardziej radykalnych metod. W konsekwencji tego, wziąłem pierwszy lepszy ostry przedmiot jaki miałem wówczas pod ręką i zacząłem siłą zdrapywać ową substancje z powierzchni. Po krótkiej chwili na hebanowej tafli wytworzyły się minimalistyczne, krwawiące pęknięcia, które to ekspresowo przybrały obraz delikatnego kobiecego lica, niemalże jakoby były rysowane  dłonią wrażliwego artysty. Stanąłem w bezruchu, parę sekund przyglądając się temu makabrycznemu "arcydziełu" i niezmiennie trwałem w przeświadczeniu, iż całościowy natłok tychże swoiście upiornych wydarzeń to tylko i wyłącznie wymysł mej pogrążonej we śnie wyobraźni. "Obudź się, obudź do cholery...!!!!!!!!!!" - Wrzasnąłem wniebogłosy, a następnie co by sprawdzić czy postawiona przeze mnie teza jest słuszna, desperacko uderzyłem głową w ścianę. Na skutek gwałtownego ciosu, momentalnie upadłem na posadzkę. "Nie... to nie może być prawda... ja czuję ból... ja jestem świadom wszystkiego co robię... ja... NIE ŚPIĘ!!!!!!!!!!!!!" -Spanikowałem. 

Co miało miejsce potem, nie pamiętam. 


(Zasadniczo ta fotografia nie ma wiele wspólnego z temacikiem wpisika, jednakże jej dość specyficzne przesłanie jest tak arcygenialne, iż że nie mogłam się okiełznać, ażeby tegoż multimedium tutaj nie umiejscowić :D :P )