❣✵❣✵❣✵❣✵❣✵❣✵❣✵❣✵❣✵❣✵❣✵❣✵❣✵❣✵❣✵❣✵❣✵❣✵❣✵❣✵
"Żyj z całych sił
I uśmiechaj się do ludzi
Bo nie jesteś sam
Śpij, nocą śnij
Niech zły sen Cię nigdy więcej nie obudzi
Teraz śpij
[...]
Idź własną drogą
Bo w tym cały sens istnienia
Żeby umieć żyć
Bez znieczulenia
Bez niepotrzebnych niespełnienia
Myśli złych
Niech dobry Bóg
Zawsze Cię za rękę trzyma
Kiedy ciemny wiatr
Porywa spokój
Siejąc smutek i zwątpienie
Pamiętaj, że...
Jak na deszczu łza
Cały ten świat nie znaczy nic a nic...
Chwila, która trwa
Może być najlepszą z Twoich chwil...*"
Cześć. Czy zastanawiałeś się kiedyś, jak to jest panicznie bać się oddychać? Jak to jest odczuwać nieludzki lęk przed widokiem swego własnego cienia oraz odbicia w lustrze? Zapewne teraz Twa podświadomość uruchamia złożony proces myślowy, próbując powierzchownie zobrazować Ci powyżej przedstawione zagadnienia, lecz pozwól iż zadbam o Twe cenne mózgowie i wyręczę Cię w zawziętych poszukiwaniach odpowiedzi na owe, dość kuriozalne pytania. Wobec tego, zapraszam serdecznie wszystkich na wspaniałą oraz ekskluzywną wycieczkę do świata siarczystego smutku i ujmującego cierpienia. W żadnym wypadku nie musisz obawiać się że zabłądzisz, gdyż będę Twoim osobistym przewodnikiem który oprowadzi Cię po każdym, najmniejszym zakątku krainy bólu. Gotowy na spływ wodospadem łez? Gwarantuję, iż wyjdziesz z tego cało. Jednakże jest tylko jeden warunek: Wysłuchaj mnie. Mym arcygłośnym krzykiem sprawię, że usłyszysz mój głos podczas czytania tekstu, jaki aktualnie widzisz przed sobą. Zatem rozsiądź się wygodnie w fotelu, zapnij pasy i trzymaj się mocno, albowiem czeka nas prawdziwa jazda bez trzymanki.
Przystanek pierwszy - Miasto osamotnionego dziecka.
Zaiste każdemu małemu mieszkańcowi tego świata, nie łatwo jest odnaleźć swe miejsce na ziemi w sytuacji, kiedy to praktycznie nigdy nie było mu dane zaznać kojącego ciepła rodzinnego ogniska. Moja rodzina rozpadała się, a ja nie wiedziałam, czy mam ją trzymać, czy też puścić. Całe poczucie winy, zakorzeniało się w moim rozdartym serduszku, w chwili w jakiej do mych uszu wpadał grom agresywnie awanturujących się rodziców. Zamknęłam wówczas drzwi od swego pokoju, a następnie zamknęłam się w sobie, z niepodważalnym przekonaniem iż jestem dla nich niczym więcej jak zakurzoną porcelanową laleczką, która jest potrzebna jedynie po to, ażeby zdobić pustą, równie zakurzoną półkę. Przytłoczona skrajnie wyraźnym brakiem wsparcia, oraz poczuciem przenikliwej bezradności i odrzucenia, poczęłam uparcie szukać przyjaciół, u których znajdę troskę wraz ze zrozumieniem. Ostatecznie odnalazłam takowe istoty, aczkolwiek nie byli to ludzie.
Przystanek drugi - Fabryka czekolady.
Chyba nie ma żadnej potrzeby, ażebym zbytnio produkowała się by wytłumaczyć Ci, jak beztroskie oraz rozkoszne jest doznanie, przepełniające ciało i umysł po skonsumowaniu jakiegokolwiek słodkiego łakocia, niemalże powodującego chwilową lecz ulotną euforię wskutek nagłego skoku endorfiny w organizmie. Idąc tymże tropem można bezproblemowo wywnioskować, co było mym głównym źródłem pozyskiwania hormonów szczęścia. Jeden dzień spędzałam w towarzystwie Pań czekolad oraz Panów cukierków, drugi zaś poświęcałam na pogawędkę z cudownymi ciasteczkami z ulubionej cukierni, a w trzecim spotykałam się ze wszystkimi na raz. Czułam się bezpiecznie. Wszakże uczucie tego komfortu było tylko chwilowe. Minęło parę niełatwych wiosen, a ja całkowicie uzależniłam się od moich rarytasowych, wysokokalorycznych "kumpli". Stałam się sparszywiałą ćpunką, a w moich żyłach płynął cukier, niczym heroina u zdeterminowanego narkomana, nie będącego w stanie funkcjonować bez codziennej, solidnej dawki owej substancji.
Przystanek trzeci - Przylądek prześladowców.
Niestety niewątpliwym jest, iż przykrym następstwem każdego, długotrwałego nałogu są koszmarne konsekwencje, z którymi finalnie byłam zmuszona stanąć twarzą w twarz. Me bezustanne i niepowstrzymane narkotyzowanie się arcyogromną ilością słodyczy, w końcu odcisnęło na moim ciele swe piętno. Ze zwieszoną głową przyglądałam się mym rówieśnikom, definitywnie uświadamiając sobie iż nie jest ze mną tak, jak być powinno. "Hahaha, popatrz, to ta wstrętna, spasiona świnia!" Obiło mi się o uszy, w szkole na przerwie między zajęciami. Już chyba milionowy raz. I milionowy raz udałam, że tego nie słyszałam. "Jesteś inna." "Jesteś żałosna." "Spójrz na siebie, jak ty wyglądasz?" "Do niczego nienadająca się ohyda." "Jesteś NIKIM." -Mówili. To była codzienność. Szarpali, popychali, uderzali, wyśmiewali. Kwestia przyzwyczajenia. Byłam zbyt nieśmiała na odwagę, by się sprzeciwić. Kroczyłam w samotności po drodze bólu, a na moich ustach malował się uśmiech. Uśmiech rozpaczy.
I tak oto przez lata wyglądała wegetacja niewinnej ofiary szkolnego terroru. Jednakowoż słowami nigdy nie zdołam wyrazić co czułam, będąc ustawicznie szargana z błotem.
Przystanek czwarty - Krwawe jezioro.
Pewnego razu pozdejmowałam wszystkie lustra w domu. Zasłoniłam okna. Pozakrywałam wszelakie przedmioty, w jakich tylko mogłam dosięgnąć wzrokiem zarysy mej dramatycznej sylwetki. Znienawidziłam siebie, znienawidziłam ludzi, znienawidziłam świat. Nie radziłam sobie ze sobą, nie radziłam sobie z ludźmi i nie radziłam sobie z rzeczywistością. Systematycznie motywowana przez ogrom mojej nieokiełznanej nienawiści oraz bezsilności, uzmysłowiłam sobie iż moi starzy "przyjaciele" już nie wystarczą by prowizorycznie uśmierzyć me cierpienie. Rozpoczęłam więc poszukiwania alternatywnego "leku przeciwbólowego" i w zupełności nie musiałam się kłopocić, ażeby odnaleźć ów złoty środek. Spodobał mi się zapach krwi. Jej smak. Jej Kolor. Parę skrawków mojego ohydnego ciała posłużyło za płótno, na którym powstawały szkarłatne arcydzieła, malowane ostrzami. Były takie piękne. Aczkolwiek podobały się tylko mi. To takie samolubne.
Pewnie zapytasz, "A gdzie rodzice, rodzina?" Tak szczerze powiedziawszy, sama chciałabym to wiedzieć.
Przystanek piąty - Przystań wytrwałości.
"Dosyć tego!" - Wrzasnęłam w duchu. Koniec końców nadszedł dzień, kiedy to za wszelką cenę postanowiłam stawić czoła moim bezlitosnym antagonistom. "Koniec z tym! Tu i teraz obiecuje wam, że stanę się kimś wyjątkowym! Zmienię się nie do poznania! Skończyłam ze słodyczami, skończyłam z jedzeniem, już nie jest mi ono potrzebne do życia!" - Z rzekomą pewnością siebie wykrzyczałam owe słowa w kpiące twarze moich oprawców, jednak jak zwykle zostałam wyśmiana. "Wiecie, kiedyś to ja będę się z was śmiać. Obiecuje." Spojrzeli na mnie prześmiewczym wzrokiem i odeszli. Od tamtego momentu, moje życie powoli przeistaczało się w jeszcze większe piekło, jakim było dotychczas. Mniej, mniej i mniej. Każdego dnia mniej. Mniej jedzenia. Mniej smutku. Cyfry na wadze malały, satysfakcja wraz z odbudowującym się szacunkiem ludzi w stosunku do mnie, rosły w zastraszającym tempie. Ale to wciąż było za mało. Mój nędzny świat opanowała matematyka. Wszystko obracało się wówczas wokół liczb, tabeli i wykresów. Im mniejsza była liczba spożytych kalorii, tym większy był poziom mej ulgi i zadowolenia. Na talerzu zamiast jedzenia widziałam jedynie cyfry. Lecz moją ulubioną potrawę stanowiło "zero" obficie polane powietrzem. Gdy w mym niezdrowym mniemaniu zjadłam nieco więcej, poza dzienną normę**, arcypiekielne wyrzuty sumienia boleśnie rozrywały mnie na strzępy. Jedynym sposobem, co by pozbyć się tegoż iście potwornego uczucia, były parogodzinne katusze ćwiczeniami fizycznymi, sporadycznie pozwalające na bytowanie ze spokojem ducha.
"Chudnij, chudnij, chudnij." Owe słowo nieustannie przeplatałam w myślach, czyniąc je ostatecznie mą największą dewizą życiową. Popadłam w swego rodzaju karuzelę, szaleńczo wirującą wokół mego spaczonego pragnienia bycia posiadaczką "idealnego ciała", bez względu na jakiekolwiek efekty uboczne. Z dnia na dzień ów karuzela, napędzana moją zachłannością oraz nawałem komplementów ze strony innych, kręciła się coraz szybciej, lecz nikt nie potrafił jej zatrzymać. Zbytecznie próbowałam wmówić sobie, iż mam wszystko pod jak najlepszą kontrolą, ale na samym dnie mej zepsutej świadomości, doskonale wiedziałam że już dawno straciłam zdrowy wpływ na podejmowane przeze mnie decyzje. Wtedy usłyszałam pukanie do drzwi. Zapytałam, "Kto tam?" Nieznajomy przybysz bezczelnie wtargnął do mej psychiki po czym zastraszającym tonem szepnął: "Miło mi, jestem anoreksja."
Przystanek szósty - Wystawa grubych szkieletów.
Zawarcie wymuszonej znajomości z "Aną" było dosłownie jak otworzenie bram do najgłębszych czeluści piekieł. Możesz mi wierzyć lub nie, lecz w owym czasie niepojęte poczucie winy dręczyło mnie nawet po wypiciu malutkiej szklanki soku, odtłuszczonego mleka bądź też innego płynu z wyjątkiem wody. Często spotykam się z kompletnie absurdalnymi wypowiedziami ludzi w kwestii tejże straszliwej choroby. Takowe zachowania zasadniczo nazywają zwykłą fanaberią, kaprysem, a niekiedy, co zupełnie jest nie do pomyślenia, stwierdzeniem gdyż "Obecnie panuje moda na anoreksję". Oczywistym jest, iż są oni w kategorycznym błędzie, albowiem omawianego zaburzenia absolutnie nie można nabawić się poprzez własne widzimisię. Wyobraź sobie, jak byś się czuł, gdyby ktoś bez ustanku, dniami i nocami, chodził za Tobą z pistoletem przystawionym do Twej skroni, skrupulatnie grożąc Ci: "Jeżeli to zjesz bądź przytyjesz choć pół grama, to pociągnę za spust." W prawdzie, w pełni pojąć to może tylko i wyłącznie osoba, która przeżyła identyczny koszmar. Przecież normalny, zdrowy człowiek, nie słyszy w swej głowie ogłuszających głosów w kółko powtarzających mu, że ma parę kilogramów za dużo, mimo faktu iż w rzeczywistości przypomina żywego trupa.
Przystanek siódmy - Most życia i śmierci.
"Hahaha, pamiętam jak raz wracając ze szkoły, przeważona przez ciężar mojego plecaka, z donośnym hukiem wylądowałam na betonie, a potem przez bite piętnaście minut nie mogłam pozbierać się z ziemi, hahaha! Byłam leciutka niczym piórko i nawet sam wiatr dał by radę mnie wtedy zdmuchnąć." Oto jedne z mych wspomnień, które na dziś dzień zwyczajnie są dla mnie śmieszne. Jednakże kiedyś wcale nie było mi do śmiechu. Mówiąc wprost - w pewnym momencie cały szereg podobnych zdarzeń zaczął mnie przerastać. Mą opustoszałą duszę ogarnął bezsens i gruntowna niemoc. Czułam, iż przyszła najwyższa pora, ażeby poddać się na dobre. Miałam dość nieprzerwanych zmagań z życiem i ciągłego zgrywania twardzielki. Byłam sama, nie rozumiana, niezauważalna oraz bezużyteczna dla innych a przede wszystkim dla siebie, w dodatku "Ana" niepowściągliwie wysysała ze mnie wszelkie siły witalne. Zapragnęłam zniknąć. Zrozumiałam, że na tymże świecie nie ma i nigdy nie będzie miejsca dla takich wyrzutków jak ja. Chciałam umrzeć, aby nareszcie móc oswobodzić się od owej drogi przez mękę.
Wtem całkowicie przestałam jeść, wiedząc iż jedyna ścieżka prowadząca do wyzwolenia, to bezwzględna autodestrukcja. Ku mojemu szczęściu, ratunek przyszedł zdecydowanie szybciej, niż się tego spodziewałam. Któregoś pięknego dnia, nieoczekiwanie poczęłam tracić grunt pod nogami, zakręciło mi się w głowie, a oczy spowiła gęsta czerń. "Żegnaj, okrutny świecie." -Wyszeptałam, upadając.
Przystanek ósmy - Postój.
Obudziłam się, a następnie z trudem podniosłam ociężałe powieki. Ujrzałam nad sobą zapłakane oblicza moich rodziców i wówczas dotarło do mnie iż pomyliłam się, rychło mówiąc "do widzenia" rzeczywistości. A to ci niespodzianka. Nagle moja rodzina przypomniała sobie o moim istnieniu, niesamowite!
Nie ciężko się chyba domyślić że zamiast do grobu, trafiłam do szpitala, na dość łagodnie to ujmując, oddział dla "ludzi niespełna rozumu". "Jeszcze parę dni, a teraz by Cię tu z nami nie było! Jak mogłaś doprowadzić się do takiego stanu?!" Byłam rozwścieczona, godzinami wysłuchując gorliwych pretensji swych rodzicielów. "A kto do cholery jasnej was prosił, żeby ratować mi życie?!!!" -Spytałam rozemocjonowana, tym samym na długi czas zamykając ich usta na kłódkę.
Podczas trwania mego hipotetycznego "odpsychiczniania", miałam zaszczyt poznać niewiasty, jakim to pokrewna przypadłość uprzykrzała egzystencję. Bez wyjątku dostrzegając w owych panienkach odzwierciedlenie samej siebie, malutkimi kroczkami zaczęłam orientować się, jak niewyobrażalnie chore są nasze umysły. Z czasem, między nami, zagorzałymi anorektyczkami oraz bulimiczkami, narodziła się bardzo silna więź, jaką z powodzeniem można nazwać przyjaźnią. Wsparcie, opieka, bezgraniczne zaufanie, a w głównej mierze ZROZUMIENIE - Nareszcie ze strony innych, mogłam doznać tego, czego najbardziej brakowało mi do dej pory. Lecz to z lekka przykre iż owych wartości doświadczyłam praktycznie dzięki obcym osobą. Mówiąc otwarcie i bez ogródek, pokochałam te dziewczyny.
Nieszczęśliwie, finalnie miało miejsce zdarzenie, które znacząco i dotkliwie otworzyło mi oczy. Parę tygodni po opuszczeniu ośrodka przez moją najlepszą, szpitalną przyjaciółkę, zakomunikowano nam, iż ów dziewczę przegrało długoletnią szamotaninę z "Aną" i zmarło z wycieńczenia. Na początku arcytrudno było mi pogodzić się z tą że przerażającą wieścią. Gdy odchodziła, z entuzjazmem zwróciła się do mnie, radośnie oświadczając: "Będę czekać jak wyjdziesz, wtedy pójdziemy razem na lody, ja stawiam!" Kurewska kłamczucha. Zawiodła mnie po całej linii. Tak to jest właśnie komuś zaufać.
Po tymże incydencie byłam już niemal stuprocentowo pewna, że nie chcę tkwić ani chwili dłużej w tym całym, toksycznym "szkieletowym magielku towarzyskim."
Przystanek dziewiąty - Muzeum walki z nietolerancją.
Odbyłam prawie trzymiesięczną rekonwalescencję, by w ostateczności móc ponownie zakosztować smaku "normalności", poza murami wariatkowa. Udało się. Lęk przed jedzeniem konstruktywnie zniwelowałam do minimum, adekwatnie w przypadku obawy przed przybraniem na wadze. Jeśli niechybnie myślisz, iż to już koniec moich perypetii na ścieżce życia, to grubo się mylisz. Nie uwzględniając już zresztą gehenny w mym zaciszu domowym z którą miałam styczność każdego dnia, gdyż ów ambaras zasługuje na osobną historię, automatycznie przejdę do skutków ubocznych, jakie to pociągła za sobą przebyta przeze mnie choroba. W wyniku chronicznego braku gigantycznej ilości składników odżywczych, przeistoczyłam się w fizyczny wrak człowieka. Wiele nie mówiąc, włosy wypadały mi garściami, bladość mojej skóry podobna była do bladości skóry nieboszczyka i wbrew tego iż PONOĆ rozstałam się z anoreksją na dobre, ma figura ni krzty nie przypominała sylwetki zdrowej nastolatki. Wszystkie powyższe niedogodności a także uprzednie szkolne udręki, spowodowały że moje poczucie własnej wartości było mniejsze od zera. Wszechstronnie nie akceptowałam siebie, tudzież w dalszym ciągu nie byłam akceptowana przez innych. Nie potrafiłam odnaleźć w sobie jakiejkolwiek mocnej strony, bym mogła zyskać choć trochę sympatii w kręgu równolatków. W akcie makabrycznej desperacji, zaczęłam robić masę niepochlebnych rzeczy***, co by nieco zwrócić uwagę na swoją zagubioną godność, aczkolwiek błyskawicznie spostrzegłam, iż całokształt mych idiotycznych starań, był dla nich tylko doskonałą okazją, do czerpania rozrywki czyimś kosztem. W rezultacie siadałam z płaczem, załamywałam ręce i całymi dniami użalałam się nad sobą. -Wyłącznie w tejże dziedzinie byłam bezkonkurencyjnym mistrzem.
Nie umiejąca odeprzeć kolejnego ataku przeciwności losu, wpadłam w sidła depresji, a łajdackie myśli o samounicestwieniu znów się uaktywniły.
Przystanek końcowy - Wyspa spełnionych marzeń.
Do chwili bieżącej, nie jestem w stanie orzec, czy to że jeszcze mam przyjemność istnieć w sferze żywych, jest zjawiskiem paranormalnym, czy może interwencją sił wyższych. Gdyby ktoś w przeszłości powiedział mi, jaką osobą będę obecnie, bezceremonialnie odesłałabym go z kwitkiem, w akompaniamencie przysłowiowego "A puknij ty się w łeb."
Pewnego nadzwyczajnego dnia, śmiało stanęłam przed lustrem. "Hmmm... no bo skoro już jestem na tym świecie, to chyba życie musi mieć dla mnie jakąś misję?" -Zadałam pytanie swemu odbiciu i z miejsca zaczęłam zmierzać do rozstrzygnięcia owej zagwozdki. Tokiem takowego rozumowania kolejno odkrywałam w sobie łańcuch niebywałych cech i zdolności, jakoby były wynagradzane mi wszystkie minione cierpienia. Me nieugięcie i arcyciężka praca nad sobą, sprawiły iż stałam się tym, kim pragnęłam być w mych najskrytszych snach. Zdałam sobie sprawę, gdyż nie miałam racji, kiedy za lawinę moich nieszczęść, obwiniałam cały świat, nie widząc w tym swej własnej ingerencji.
Teraz, każdego dnia dziękuje za to że jestem i ze szczerym, nigdy nie znikającym uśmiechem na ustach pnę się w górę, realizując swe cele i spełniając marzenia. Po długich latach wygrałam walkę z pesymizmem i własnymi ograniczeniami, a horror przez który przeszłam, ukształtował moją teraźniejszą tożsamość. Rzeczywistość czasem spuszcza potężny łomot i to generalnie nie jest żadną nowością. Lecz mimo tego, cieszę się każdą chwilą i chodząc z wysoko podniesioną głową nie przywiązuje wagi do mało znaczących błahostek. Wojna, zwana życiem wciąż się toczy. Ale wiem, że jestem na wygranej pozycji, bowiem moja jednoosobowa armia nigdy mnie nie zawiedzie.
Więc**** drogi czytelniku, jeśli kiedykolwiek będziesz postawiony pod ścianą i stracisz nadzieję na lepsze jutro, nie popełniaj błędu, jaki niegdyś popełniłam ja. Uwierz w siebie i absolutnie nie daj za wygraną przeciwnością, które będą ciągnąć Cię na samo dno oceanu zwątpienia. Nigdy się nie poddawaj i z optymizmem patrz w przyszłość, pamiętając że z każdej, nawet najgorszej sytuacji istnieje jakieś wyjście. A gdyby inni przypadkowo wyrażali dezaprobatę wobec Twojego stylu bycia, pokaż im swoją wartość.
Z poważaniem,
Roześmiana, niedoszła samobójczyni.
*Słowa piosenki z repertuaru Dżemu pt. "Do kołyski"
**Ma dzienna norma wahała się między 800 - 100 kilokalorii na dzień, przy zapotrzebowaniu na około 2500 (!!!!!!!)
***Wielokrotne otarcie się o konflikt z prawem (Na całe szczęście obyło się bez poważnych konsekwencji), specyficzny, niezupełnie godny pochwały wizerunek i pełno innych, debilnych ekscesów.
****ZASADY SĄ ZAISTE PO TO, BY JE ŁAMAĆ :D :P
